Świadectwa uczestników EDK

I-III P-EDK Zasady | Zgłoszenie | Uczestnicy | Świadectwa

  WPISY NIE SĄ GENEROWANE AUTOMATYCZNIE, PROSIMY O CIERPLIWOŚĆ!

Moje świadectwo

podpis

Przepisz kod z obrazka poniżej:

captcha

V Podkarpacka Ekstremalna Droga Krzyżowa 2017

25-03-2017 Kiedy w sobotę, 25 III 2017, w środku nocy opuszczaliśmy mury Bazyliki Grobu Pańskiego w pogrążonym w głębokim śnie Przeworsku, powitały nas wiosenne trele. Jakie to mogły być ptaki?… Chyba nie wróble, o których mądrą opowieścią kilka godzin wcześniej porwał nas Ks. Dyr. Marek Pieńkowski.
Bo wróble na dachach Przeworska, Przemyśla i Jarosławia co najwyżej ćwierkają o tym, że za rok znowu będzie nam dane założyć na rękawy odblaskowe opaski z napisem: OPACTWO.PL/PEDK.
Ciebie prosimy, wysłuchaj nas… MN (Przemyśl)

21-03-2017 Droga Krzyżowa pozwala zrozumieć cierpienie ciała z samotnością jaką przeżywał sam Jezus, wyczerpanie fizyczne, zmęczenie, cisza a w myślach te słowa Totus Tus Sebastian

IV Podkarpacka Ekstremalna Droga Krzyżowa 2016

2016-03-29 Na EDK zapisałam się spontanicznie, przypadkowo (teraz dopiero widzę, że nie był to przypadek a Bóg miał i ma plan, który odkrywam każdego dnia)…tak więc zapisałam się pod wpływem chwili, intencja początkowa była zupełnie inna, na EDK miałam wybrać się razem z moim mężem…ale Bóg chciał inaczej i chwała mu za to. Od tamtego momentu Bóg uczy mnie pokory, miłości i spełniania jego woli…a jest to dla mnie bardzo trudne ale on cierpliwie podnosi mnie zawsze i tak jak przy 14 stacji ,, Jezus złożony do grobu” pomaga mi zamykać za sobą stare życie, otwiera na nowe, uczy wszystkiego od początku: odwagi, podejmowania wyzwań, lepszego wykorzystywania czasu, pozytywnego myślenia, odnajdywania sensu w robieniu drobnych rzeczy itd… Wracając do początku mojej EDK jak już wcześniej napisałam intencja początkowa była zupełnie inna, niestety w środę osoba z mojej rodziny trafiła do szpitala stan był ciężki ale stabilny. W piątek wieczorem stan zdrowia pogorszył się i był agonalny…Wahałam się czy mam zostać z rodziną w szpitalu czy wyruszyć na EDK w intencji ciężko chorego… i wyruszyłam z wewnętrznym przekonaniem, że muszę dojść na Kalwarię,…bo!..Po drodze przeżyłam w pewnym momencie załamanie bo zadzwonił mąż i oznajmił mi, że w szpitalu pielęgniarka powiedziała, że ktoś przerwał ojcu umieranie. Prosiłam Boga, że jeżeli jest to możliwe niech bliska osoba odejdzie przed Kalwarią…i za chwilę wyszliśmy na piękne wzgórze Gruszowej i podczas rozważania 12 stacji,, Jezus umiera na krzyżu” dostałam wiadomość o śmierci bliskiej osoby…ale czy bliska mi osoba umarła?…nie!!!…ona odeszła do domu naszego Ojca w niebie… Chciałam serdecznie podziękować dwójce wspaniałych ludzi od których dowiedziałam się o EDK, dzięki ich wsparciu wyruszyłam na nią, dla których intencja umierającej bliskiej mi osoby była bliska sercu i chociaż głośno o tym nie mówili to wiem, że w trudzie EDK polecali odchodzenie tej osoby…Pozdrawiam serdecznie Pana Pawła, który przypadkowo dołączył do naszej grupy i 20 marca jako pierwszy napisał świadectwo, które zmotywowało mnie do napisania mojego osobistego świadectwa…Pozdrawiam również księdza kapelana wojskowego z Jarosławia, który polecał mi zakup specyfiku na ból nóg…na szczęście nie był mi potrzebny! bo chociaż wyruszyłam bez jakiegokolwiek przygotowania kondycyjnego, wyjście na drugie pięto kończyło się zadyszką, na palcu u nogi miałam odcisk który dokuczał mi w drodze do pracy, na zakupy itd i każdy logicznie myślący człowiek pukał mi się w głowę z niedowierzaniem to dzięki wsparciu i pomocy płynącej z góry doszłam bez jakiegokolwiek urazu, otarcia, zakwasów, dolegliwości bólowych nóg z odciskiem na palcu który w drodze na Kalwarię mi nie dokuczał…To nie koniec cudów, które dzieją się w moim życiu, kolejne miały miejsce w Wielkim Tygodniu…Logika Bożego działania i miłosierdzia jest tajemnicą niepojętą, jest niezgłębiona prze umysł ludzki, nieskończona, zupełnie inna od naszej często egoistycznej, pysznej, daje nadzieję mimo wszystko, pozwala zaczynać od początku mimo wszystko i prowadzi nas do siebie mimo wszystko zawsze kiedy o to poprosimy i zapragniemy naszym sercem…Szczęść Boże… Jadwiga

2016-03-25 Na edk byłam po raz drugi, poprzednio trasa krótsza, Przeworsk- teraz Leżajsk. Postanowiłam złożyć świadectwo, jest ostatnią częścią edk. Jak była ta moja edk? Inna niż przed rokiem było to, że byłam spokojna, przed spowiedzią i przed edk. Tzn. tak naprawdę nie wierzyłam że ją zrobię i to akceptowałam. Moje założenie było takie, nie będę o tym myśleć, po prostu pójdę ile się da, spróbuje ponad siły a jak nie dam rady to po prostu wrócę i nic się nie stanie złego, nie będą nad tym ubolewać. W czasie kazania ksiądz mówił że ludzie się pytają; po co tam idziemy? czy szukamy wrażeń?, chcemy się sprawdzić?, chcemy sobie coś udowodnić?, chcemy się poczuć lepiej ?, chcemy coś ofiarować?, coś poświecić ?, coś zrozumieć? Itp. Nie udzielił odpowiedzi. Odpowiedź miała być na końcu drogi. Dość szybko tym razem, bo o 21 ruszyliśmy w drogę. Grupa duża, ale pewnie się wykruszymy po drodze. Pierwsze kilometry uciekły dość szybko, potem zaczęło padać. Zimny deszcz ze śniegiem, boczny, całą noc niesamowicie wiało. Szybko mi mina zrzedła. Szłam na końcu, bo szybko okazało się że trzy osoby mają wolniejsze tempa i zostałam z nimi, wolałam iść wolniej. W grupie był mężczyzna w moim wieku, utykający z praktycznie sztywna jedną nogą. W pierwszym odruchu z racji zawodu miałam na niego nakrzyczeć jak może iść i narażać ta nogę na taki wysiłek, że ma uszkodzone kolano( szedł w ortezie) to jeszcze chce sobie zniszczyć biodro i że to lekkomyślne itd. ale pomyślałam że jakie mam prawo mówić mu co powinien robić a co nie. Inni już mu to wszystko powiedzieli, ja najwyżej mogę tu iść z nim i obecnością wspierać w tej drodze. No a grupę zamykał M. kolega mający trochę za dużo kilogramów na sobie i w plecaku. Usiłowaliśmy go nie tracić z oczu ale cały czas nie nadążał za grupą, a wtedy ten utykający mężczyzna zrobił coś niesamowitego. Wziął od M. ciężki plecak i niósł go parę kilometrów. M. w zasadzie przebąkiwał, że chyba nie da rady więcej bo ma już bąbla na jednej nodze i że on to tylko do Ubieszyna. Ja w sumie też tak myślałam, więc spokojnie szłam dalej, coraz bardziej zmęczona, marząc tylko o tym żeby na chwilę zdjąć buty i rozetrzeć stopy. Deszcz nie był duży i chwilami ustawał, gorszy był zimny, przeszywający wiatr, który oczywiście zawsze wiał zawsze w twarz a nigdy w plecy. Ale ten mężczyzna nazwijmy go R. bo nie wiem jak ma na imię był pełen optymizmu i mówił że na pewno dojdzie i zrobiło mi się trochę wstyd. W porównaniu z nim byłam zdrowa i sprawna. Jak to mam nie skończyć tej drogi, jak ją tak przerwać szybko?. Stacja VII – Jezus upada, ale wstaje. Spróbuję jeszcze trochę. Poproszę grupę, żeby w Ubieszynie odpocząć z 30 min, zdejmę buty na chwilę, rozetrę stopy , może jeszcze kawałek. G. ma kryzys, mówię odpoczniemy chwilę , pójdziemy jeszcze kawałek, ile damy radę, mówię jej że ja też już nie mam siły. Trochę się uspokaja i decyduje się iść dalej. Wreszcie Ubieszyn, miłą niespodzianka: żurek z pysznym chlebem, kawa, herbata, można usiąść w cieple, ściągać buty. To zasługa J. M. od chłopaka z innej grupy dostaje plaster na pęcherz. Teraz poznajemy zawartość ciężkiego plecaka M.- zabrał jedzenie dla całej grupy. Nikt oczywiście nie chce się częstować, po gorącym żurku i smacznym ciepłym chlebku wszyscy są najedzeni. Ale to niesamowite że pomyślał i dźwigał jedzenie dla innych. Odpoczynek 4o minut, dobra, nie jest źle, idziemy dalej. Po paru kilometrach jednak zaczyna być źle. Rozmawiam z innymi, każdy mówi że czuje się dobrze, nikt oprócz mnie i G nie narzeka. Jestem załamana. I wtedy słowa jakieś piosenki oazowej sprzed wielu, wielu lat ’…dojdę, dojdą jak zaufam Ci …” Umysł nie może sobie przypomnieć reszty tekstu tylko te słowa”…… dojdę jak zaufam….” I nadzieja ….przestanie padać ….wzejdzie słońce… G nie ma siły, trzęsie się z zimna. Daję jej swój plecak ( żeby grzał plecy), kijek, M. kurtkę zapasową, jeszcze chwila , przekonuję ją. Słowa rozważań, ledwie docierają, człowiek nie jest w stanie myśleć. Chwilami nawet myśl, że to nie tak, jak oni piszą, że zawsze się człowiekowi uda, że wszystko zamienia się w dobro, że wystarczy tylko zaufać, że wszystko złe co na spotyka może przekuć w dobro, że to się dobrze pisze ale przecież nie zawsze tak w życiu wychodzi, że mało komu się udaje… Te rozważania musze jeszcze raz przeczytać. Nie udało mi się iść w rozważaniach, walczyłam o to żeby iść. Kilka słów z kimś z grupy żeby na chwilę nie myśleć o tym że nogi już zupełnie omdlałe, że człowiek zupełnie skostniały i nie marzyć o tej ciepłej kurtce co została w domu. Ranek zimny, wietrzny. Nie warto żyć normalnie, warto żyć ekstremalnie. Kolejny kryzys, marudzę P. że już nie dam rady. Stawia mnie do pionu, każdego boli, każdy już nie ma sił. Dochodzimy do grupy wcześniejszej, młodzi ludzie, trochę się pogubili, pokazujemy im że tak, to ta droga. Patrzę na młode dziewczyny, idą tak jak ja,. Widzę, że każdy krok wymaga od nich wysiłku, to mi daje siłę, to nie tylko ja jestem taka wykończona, dalej machinalnie stawiam krok za krokiem. XII stacja. Grupa się trochę rozsypuje. Odchodzę od G. bo wiem że w końcu ulęgnę jej i zadzwonię po auto. Zostawiam ją pod opieką P. może ona jej pomoże. Jak się okazało ten odcinek okazał się zabójczy ( długa prosta) E. dzwoni po męża, G wsiada z nimi do auta, B i siostra łapią autostop, M. idzie dalej. Leżajsk , 4 km przez miasto, chyba najdłuższe kilometry, ale teraz mam przypływ energii to już dojdę. Już nawet nie odpoczywam, nie siadam, coraz trudniej wstać, nogi już nie chcą się rozkręcać. Wreszcie jest Bazylika, stoi dumna i ani myśli pomóc, nie chce się przybliżyć, taki długi dziedziniec. Odwracam się, widzę R. widzę ile wysiłku sprawia mu każdy krok, niemal fizycznie odczuwam jak musi go strasznie boleć. Wierzył, że dojdzie, doszedł. Jego determinację zapamiętam do końca życia. Ławka w kościele i co?, strumyk łez który bez mojego udziału popłynął z oczu. Szybko musze się opanować bo boję się że się rozszlocham na dobre. Sama nie wiem dlaczego płaczę, przecież powinnam być szczęśliwa? I jestem. W takiej chwili, że ma słów, natrętnie powracająca mantra …dojdę jak zaufam Ci… Dziękuję, dziękuję ciało swoim bólem, umysł nie ma już sił. Niby człowiekowi nie chce się nawet spać ( to o dziwo nie był problem w nocy) ale ma takie odrealnienie, nie wie czy to jawa czy sen. W Bazylice wielu innych, przyszły też grupy z Rzeszowa ale trochę smutno, nikt nas nie wita, nie ma komunii św. nikt nie pobłogosławi, kościół zimnym duży przytłacza, Brama Miłosierdzia zamknięta. Transport będzie za godzinę, musimy poczekać. Trzęsiemy się z zimna. Proponuje poszukać jakieś kawiarni, możemy czekać z godzinę. G. nie może się ruszyć, daję jej drugi kijek, M. jej pomaga, kroczek za kroczkiem, krzywi się z bólu. 100 metrów dalej jest bistro, jest ciepło, jest herbata. W domu trochę dramat, trudno zrobić parę kroków. Cały dzień spałam, budząc się tylko do jedzenia, ale w łóżku. Po 15 minutach zapadałam w sen. Noc pełna snów, obrazy z dzieciństwa, poprzedni dom. I teraz powinna być odpowiedź na pytania na początku, po co tam poszłam. Myślę, że na owoce tej drogi będę musiała poczekać, one będą dojrzewać we mnie powoli, słowa rozważań powrócę. Nie wiem po co tam poszłam , wiem że dobrze zrobiłam. Trochę to chaotyczne, o wielu chwilach, myślach nie napisałam ale i tak wiedzę że strasznie dużo tego wyszło. Może, jak Bóg da, za rok Kalwaria. A.

2016-03-25 Nie wiem w którym momencie narodziła się we mnie chęć, a może raczej potrzeba, wzięcia udziału w EDK. Wiem z czyjej przyczyny zacząłem o tym myśleć (J.Chr.) ;). Nie wiedziałem czy zdecydować się na Przeworsk, czy Przemyśl ? Pierwsza trasa wydawała mi się za krótka, znowu drugiej się obawiałem , miałem wątpliwości czy podołam. Ostatecznie zdecydowałem się na Przemyśl, droga do Przeworska byłaby zbyt krótka, a Pan Jezus nie chciał, żebym się wybrał na spacer. 25 do 30km jeszcze się trzymałem, po 35km zaczęła się dla mnie gehenna. Ból w stopach towarzyszył mi już 15km, teraz doszły łydki, kolana i uda. Przez ostatnie 10km każdy krok był wielkim bólem i przez te moje zmęczone nogi zaczęło do mnie docierać jak bezrefleksyjne do tej pory było moje odmawianie drogi krzyżowej. Zupełnie uciekało mi jakie katuszę przeżywał Zbawiciel przed śmiercią. Od tej pory każda kolejna droga krzyżowa nie będzie już taka jak wcześniej. Wiedziałem, że łatwo nie będzie, a moje obawy brały się przede wszystkim z braku zaufania, dlatego pewnie w dniu EDK w książce „Jezus mówi do ciebie” przeczytałem takie słowo : 18 MARCA UFAJ MI DZIEŃ PO DNIU. Dzięki temu będziesz żył blisko Mnie, wyczulony na Moją wolę. Zaufanie nie jest naturalną reakcją-zwłaszcza dla tych, którzy zostali głęboko zranieni. Mój Duch to twój prywatny Nauczyciel, który mieszka w tobie i wspiera cię w tym nadludzkim dążeniu. Poddaj się Jego delikatnemu dotykowi; bądź czujny na Jego podpowiedzi. Dołóż wszelkich starań, aby ufać Mi w każdej sytuacji. Nie dopuść do tego, aby potrzeba zrozumienia odwracała twoją uwagę od Mojej Obecności. Jeśli zdasz się na Mnie całkowicie, zaopatrzę cię we wszystko, czego potrzebujesz, aby zwycięsko przetrwać dzisiejszy dzień. Jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie; nie daj się wplątać w sieć trosk. Ufaj Mi dzień po dniu. I już wiedziałem że przejdę tę drogę, że sam sobie nie wymyśliłem tej próby i sam się na nią nie wybieram. Jeżeli padnę to będę musiał się podnieść i iść…. Bogu niech będą dzięki Rafał

2016-03-23 Cieszę się że wybrałam się na Ekstremalną Drogę Krzyżową – po raz pierwszy. Wspaniałe doświadczenie, wewnętrzna moc i duma z samej siebie, że się udało dotrzeć. Szłam z intencjami w sercu dotyczącymi mojej rodziny i zdrowia. Od kilku dni niepokoiły mnie pewne objawy, po powrocie z EDK ustąpiły. Może ktoś pomyśli, że to głupie, albo zbieg okoliczności, ale ja wierzę, że to ON mi pomaga w życiu. Anna

2016-03-22 Ekstremalna Droga Krzyżowa – przygotowałam się do niej rozsądnie : kondycja, grupa 4 przyjaciół, którym zaufałam, że mnie nie zgubią w nocy, serce pełne intencji, przygotowanych tematycznie do każdej Stacji. Droga długa więc jest czas aby podziękować, prosić, wielbić. Trud drogi nie jest mi obcy, więc wymiar duchowy był piękny. Droga to też ludzie, których na niej spotykamy. Spotkałam pięknych ludzi : w Ubieszynie, w szkole, o 2.00 w nocy z uśmiechem służyli pątnikom ciepłą strawą i w Leżajsku w piekarni, gdzie życzliwe Panie pozwoliły nam się ogrzać i poczęstowały herbatą. Takie osoby przywracają nam wiarę w człowieka. To człowiek służy człowiekowi. Instytucje zawodzą, Dom Pielgrzyma w Leżajsku, zapewne powołany w tym celu, niestety nie otworzył nam drzwi. Dziękuję Bogu za dobro tej nocy. Zosia z Przemyśla

2016-03-21 To była moja IV Ekstremalna Podkarpacka Droga Krzyżowa w tym trzecia na Kalwarię. I jest najbardziej niezrozumiała dla mnie. Fizycznie zniosłem ją najlepiej ze wszystkich dotychczasowych , chociaż mam już 62 lata. Nie wiem natomiast jakie będą jej następstwa. Wiedziałem z jakimi intencjami idę, ale chyba w drodze nie okazały się tymi najważniejszymi. Może dla tego że w sercu i fizycznie w kopercie zaklejone więc nie znane mi ,poniosłem tym razem również intencje innych. Nie potrafię nawet określić tego co obecnie przeżywam. Coś jak całkowita pustka, w której jednak coś jednak jest ,tylko nie potrafię tego określić. Same chyba i nie rozumiem. Dziwnie mi z tym i niczego nie rozumiem ! Może za kilka dni spróbuję jeszcze raz dać świadectwo ….. Andrzej z Przemyśla

2016-03-21 22,2 km.Stacja VIII. Ubieszyn,19 III godz.02. Podwoje szkoły i serca uśmiechniętych gospodyń szeroko otwarte dla strudzonych pątników podążających do Leżajska. Na stołach talerze z wiejskim żurkiem (ze swojską kiełbasą i z jajkiem od kur z wolnego wybiegu), pieczywo. Do wyboru kawa (w 2 gatunkach) lub herbata, mleczko, cukier, plasterki cytryny. Ubieszyńska gościnność. Bóg Wam zapłać ! Jezu, daj mi wyczucie drobnych gestów,które mają wielkie znaczenie. MN (Przemyśl)

2016-03-20 Serdecznie pozdrawiam panią która na drodze do Kalwarii, przy pięknie położonej kapliczce na wzgórzu Gruszowej, podczas rozważania stacji XII, dostała wiadomość o śmierci bliskiej osoby. Trudno nawet próbować komentować symbolikę tego „zbiegu okoliczności” Dobry Bóg niech swoją miłością wypełni ból po stracie. Paweł

2016-03-20 I już po!!! Wcześniej był Przemyśl,Leżajsk a teraz Kalwaria Pacławska. Długo myślałam którą trasę wybrać,bardzo mnie ciągnęło w stronę kalwarii ale obawy były coraz większe i jeszcze rodzina mówiła”nie ryzykuj,daj sobie spokój,to za daleko itd”. Mimo tylu uwag odnośnie trasy wybrałam tę najdłuższą na Kalwarię i nie ukrywam że bardzo się jej bałam.Do Tapina doszłam spokojnie bo znałam tą trasę i po drodze prosiłam Pana o pomoc w podjęciu decyzji którędy potem czy na lewo do Przemyśla czy w prawo na Kalwarię. Odpoczywając w Tapinie byłam w rozterce którą drogę wybrać?Dobiegła mnie rozmowa pewnego małżeństwa którzy rozmawiali o drodze na Kalwarię i pomyślałam że jest to dla mnie szansa którą dał mi Pan bo tak bardzo go o to prosiłam. Zapytałam czy mogłabym z nimi pójść bo nie znam trasy a sama się nie odważę pójść w tak daleką drogę w tak ciemną noc.Przyjęli mnie z radością i tak oto wymodliłam towarzystwo na dalszą drogę.Było bardzo ciężko parę razy już trzymałam telefon i chciałam zadzwonić aby mąż po mnie przyjechał ale myślę jeszcze trochę jeszcze parę metrów,do następnej wioski.Bardzo prosiłam Matkę Bożą Kalwaryjską o pomoc,nie pamiętam ile zmówiłam cząstek Różańca ile Koronek na pewno dużo.Ból kolan,pęcherze na stopach te nowe i te już popękane mocno dawały znać o sobie ale ja cały czas się modliłam i prosiłam a droga jakby nigdy nie miała się skończyć.Gdy ujrzałam ze wzgórza klasztor napełniła mnie ogromna radość i wdzięczność bo wiem że dzięki modlitwie wyprosiłam tę łaskę jaka mi została dana.Pokonując ostatnie 3,5 km drogi pod górę myślałam co ja powiem klęcząc przed obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej zwaną Słuchającą jak będę Jej dziękować? Padłam na kolana i płakałam tyle mogłam z siebie wydobyć,moja radość była tak ogromna że zabrakło mi słów.Jestem bardzo szczęśliwa że mogłam przejść te 65 km które nauczyły mnie pokory i wiary w siłę modlitwy bo dzięki niej stałam się mocniejsza,na pewno postaram się też być lepszym człowiekiem bardziej życzliwym dla innych.Już czekam na następny rok choć rany cielesne będą jeszcze długo się goić ale duchowo jestem dużo mocniejsza i będę chciała to wykorzystać dając świadectwo wiary w życiu codziennym Szczęściara!

2016-03-19 To dzięki mojej siostrze poszłam. W drodze zdawałam sobie pytanie czy Jezus na pewno chce takiego świadectwa mej drogi?.Nie wiem ale wiem jak cudownie jest mieć wokół siebie dobrych ludzi i otrzymać łaskę bycia dobrym człowiekiem. Dziękuję mojej grupie i kochanej siostrze, która opiekowała się mną jak mamusia. Andzelika

2016-03-19 Moja 3 PEDK. Cel ten sam – Leżajsk. Tym razem idę, aby podziękować za to, że Dobry Bóg w Swoim Wielkim Miłosierdziu przebaczył mi wszystkie mojemoje grzechy. Za to, że Jezus Chrystus oddał Swoje życie za moje przewinienia, że to moje grzechy przybiły Go go krzyża i przybiły Jego kochające Serce. Początek był bardzo dobry. Brak błota to dobry znak. Trochę wieje, a czasami pada drobny deszcz ze śniegiem. To nic. Pierwszy kryzys przy trzeciej stacji. Stopy palą, łydki i uda łapie skurcz. Pierwsze myśli, że nie dam rady. Wtedy chwytam za różaniec. Matka Boża będzie ze mną do końca jak że swoim Synem. Od 10 stacji to już agonia. Czuje mięśnie, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem. Nie idę, ale pełzne. Na stopach popękały wszystkie bąble. To już czas, aby oddać się Jezusowi. I tak na Jego barkach dotarłem do Leżajska. Tam Eucharystia. Przyjąłem Ciało Pańskie i łzy pociekły same. Chwała Panu! Tomek

2016-03-15 DROGA, KTÓRA NAUCZY CIĘ POKORY… Piątek wieczorem 11 marca o godz. 21:00 w Radymnie 143 osoby, w tym moja 6 osobowa grupa rozpoczyna swoją drogę krzyżową, ekstremalną drogę, która wiedzie pod Krzyż na Kalwarię Pacławską. Przed wyjściem otrzymujemy specjalne błogosławieństwo, z którym wyrusza każdy pielgrzym w drogę, mapę i krzyż do ręki. A wcześniej Msza św., która w tym dniu ma szczególny wymiar i te pamiętne słowa wypowiadane podczas kazania ks. Tomasza, które okazują się jakże prorocze dla nas. Jak słusznie zauważa, tym wymownym znakiem Krzyża, który znajduje się w głównym ołtarzu w kościele św. Wawrzyńca w Radymnie zaczynamy swoją drogę i pod Krzyżem kończymy nasze spotkanie na placu klasztornym, początek i koniec… ten Krzyż wita nas również w głównym ołtarzu w Kalwarii i prowadzi nas całą drogę, ten niewielki brzozowy, symboliczny. Gasną światła, świat powoli tuli się do snu, nastaje cisza, w ciemnościach bije tylko blask latarek, migocą “czołówki” w oddali innych grup, przy nowiu na gwiazdy nie możemy liczyć, panują zmienne warunki atmosferyczne, deszcz, zimno, towarzyszą nam rozważania przy każdej stacji i krzyż niesiony z wielką powagą i należnym szacunkiem, z czasem pojawia się pierwsze zmęczenie, może nawet u niektórych zwątpienie, zaczynamy toczyć walkę ze swoimi słabościami, bólem. Droga, która nie jest najtrudniejsza, okazuje się bardzo wyczerpująca, z każdym kilometrem dotkliwiej odczuwamy zmęczenie. Grupa zaczyna nam się niepostrzeżenie wykruszać. Przemierzamy całe miasto spowite snem, by w Rynku oddać się błogiemu odpoczynkowi, gdzie towarzyszy nam piękny koncert kosa i niesie się za nami aż do ul. Słowackiego – godz. 3:00 w nocy. Mamy już za sobą połowę drogi. Teraz już tylko coraz trudniej. Rezygnuje z dalszej drogi kolejny uczestnik, najpierw Iza, teraz Piotr… I przychodzi taki moment na drodze krzyżowej, gdy Jezus doprowadzony do ekstremum, przestaje sobie radzić i przyjmuje pomoc Szymona z Cyreny, aby dzięki niemu mógł dokończyć dzieła zbawienia. Idąc tym przykładem i my na swojej drodze przyjmujemy pomoc, gdy zmęczenie zwala nas z nóg, gdy ocieramy się o kraniec swoich możliwości. I w swoim kazaniu również ks. Tomasz o tym wspomniał, że przyjdzie na naszej drodze taki czas, gdy spotkamy swojego Szymona z Cyreny gotowego nam nieść pomoc. W Pikulicach o godz. 4:50 nad ranem z radością przyjmujemy zaproszenie ks. proboszcza na plebanię :-) (który o 3:00 w nocy przyjmuje już pierwsze grupy pątników u siebie), by ogrzać się przy piecu kaflowym, albo na ciepłej kanapie, napić gorącej kawy czy herbaty i poczęstować czymś słodkim. Chrześcijański lider daje z siebie wszystko, ale gdy już nie może więcej, przyjmuje pomoc, współpracuje, bo razem można więcej. Gdy droga staje się coraz bardziej wymagająca i wyboista wzorem św. Weroniki, która ociera twarz Jezusowi by Mu ulżyć, czujemy się odpowiedzialni za naszą koleżankę z grupy, która z każdym krokiem gaśnie i ustaje w drodze – z przykrością, że musi nas opuścić – dzwonimy po samochód, by choć trochę jej ulżyć. Niewiele to jej pomoże, ale chrześcijański lider rozumie znaczenie drobnych gestów, widzi w nich sens. Agnieszka dała z siebie tyle ile mogła, dzielnie walczyła ze swoimi słabościami, tak jak dzielnie dźwiga krzyż dnia codziennego i odważnie stawia czoła różnym problemom, ale dzisiaj dalsza droga jest ponad jej siły. Przychodzi nam zmierzyć się z coraz trudniejszą drogą już tylko we trójkę, trudniejszą bo z coraz większym bólem i wyczerpaniem. Droga, która ma coraz więcej zakrętów zdaje się nie kończyć, a wyczekiwanej kładki ciągle nie widać. Już wiemy, że bez kolejnego odpoczynku jej nie przejdziemy. Ale użalanie się nad sobą i dołowanie się jest łatwym wyjściem i jakże destrukcyjnym, to wyraz bezsilności. A Jezus, prawdziwy chrześcijański lider – szuka w sobie siły. Więc czas się zmierzyć z czterema ostatnimi stacjami, resztkiem sił wdrapać się na kalwaryjską górę. Na krótkim odcinku drogi inna grupa bierze nas pod swoje skrzydła, byśmy nie zbłądzili w drodze, bo trasa trudna i nam nie znana. Chrześcijański lider to człowiek, który pomaga bliźnim, jest człowiekiem czynu i rozwiązywania problemu. A potem znów zostajemy sami, we troje, ja, Waldek i Wiesław. Z boku słyszę pytania: „dojdziemy, dojdziemy?” Tak, wiem że dojdziemy, że nam się uda, bo w głowie mam ciągle słowa Jezusa: „Pielgrzymuj w wierze (…) Jeśli będziesz kroczyć w wierze, całkowicie zdając się na Mnie, pokażę ci, ile mogę dla ciebie zrobić. Żyjąc zachowawczo, nigdy nie poznasz ekscytacji towarzyszącej ludziom, przez których działam. Ponieważ ofiarowałem ci swojego Ducha, możesz przekraczać granice swoich przyrodzonych możliwości i sił. Właśnie dlatego nie powinieneś oceniać poziomu swojej energii pod kątem wyzwań, które przed tobą stoją. Nie twoja siła odgrywa tu kluczową rolę, lecz Moja, a ta jest nieograniczona. Idąc tuż obok Mnie, możesz osiągnąć swoje cele za sprawą Mojej Mocy.” [11 marca – przed wyruszeniem w drogę otworzyłam na tą stronę książkę pt. „Jezus mówi do Ciebie. W miłości Jezusa odnaleźć pokój i szczęście.” aut. Sarah Young]. Pielgrzymuj w wierze… nie możemy się teraz poddać, bo mamy nieograniczoną moc Ducha św. Chrześcijański lider zdobywa szczyty, również te niemożliwe do zdobycia, bo ma w sobie moc zapierania się siebie. Jesteśmy zdeterminowani, by wejść na szczyt Kalwarii, by wypełnić naszą wspólną misję. Chrześcijański lider umie dobrze kończyć. Przy kolejnych stacjach słychać nasze głębokie oddechy, przejaw wielkiego zmęczenia. I wreszcie jesteśmy na górze Kalwarii, by złożyć swój krzyż towarzyszący nam w drodze pod tym wymownym Znakiem na placu klasztornym, okupionej wielkim wysiłkiem, bólem, zmęczeniem. Równo o godz. 10:00… – tak jak usłyszeliśmy podczas mszy, zaprawdę prorocze to były słowa, nie da się ukryć, że ks. Tomasz dokładnie ważył swoje słowa… Pod krzyżem odprawiamy ostatnią stację XIV – złożenie Jezusa do grobu. Ale dla nas chrześcijan grób nie jest końcem, jest symbolem Zmartwychwstania, zwycięstwa… Składamy wszystkie swoje troski i intencje przed cudownym obrazem MB Słuchającej i wracamy do domu jak po zwycięskiej bitwie, trudnej i bolesnej, z ranami na ciele, ale zwycięskiej! A gdy zmęczenie powoli odchodzi, w głowie zostaje wiele przemyśleń i nadzieja na nowe lepsze życie, bogatsze duchowo i nowe przyjaźnie… NIE WARTO ŻYĆ NORMALNIE, Iwona

2016-02-18 Przed… Zbliża się kolejna EDK, kolejne niesamowite przeżycie przede mną… Czas dla mnie by podziękować Panu za dary poprzedniej drogi. Rok temu szedłem na EDK pełen zmartwień – mój kilkumiesięczny synek miał problemy zdrowotne i groziła mu operacja. Szedłem niosąc ten krzyż, szedłem w intencji jego zdrowia. Mija rok, znów szykuję się na drogę. Tym razem zamiast smutku i prośby idę z radością i w podziękowaniem, bo mój synek jest zdrowy i to bez pomocy skalpela! A lekarze mówili że „to samo raczej nie przejdzie”. Ależ byli zdziwieni gdy okazało się, że wszystko co złe zniknęło w miesiąc po EDK 2015! Dziękuję Ci za łaskę, dziękuję że dajesz mi okazję być bliżej Ciebie, dzieląc z Tobą choć cząstkę Twojej męki… Marcin

III Podkarpacka Ekstremalna Droga Krzyżowa 2015

2015-03-29 20:07:55

EDK to przede wszystkim radość. Radość pomimo bólu jaki towarzyszy szczególnie przy końcu drogi, ale fakt że to wszystko ma sens, że jest to dla kogoś i że nie jest to na darmo, dodaje sił. Niesamowite rozważania, które zmieniają nastawienie do życia oraz mobilizują… mobilizują nawet do tego żeby po zakończonej EDK nie rezygnować z obowiązków i uczestniczyć w zajęciach, chodź po takiej nocy siedzieć na wykładach w pełni aktywnym jest ogromną Bożą łaską i dziękuje Bogu że mogłam tego doświadczyć. Polecam każdemu kto tylko chce poznać swoje słabości i z pomocą łaski Bożej je przezwyciężyć po to aby doświadczyć prawdziwej wolności i radości Cecylia

2015-03-21 10:20:52

Do Marka z Radymna ….Napisałeś ,,I znowu jakby rozczarowanie nikt mnie nie przywitał nikt się nie spytał jak było nikogo nie ma wokoło … ,, Marku a jak było gdy Jezus kończył na Krzyżu Swoją Drogę ? Z nieba nie zstąpili aniołowie by Go przywitać po tej Drugiej stronie. Bóg nie przemówił a wręcz jak skarżył się Jezus opuścił Go. Gapie pouciekali lub odeszli . A kto był obok ? Ci nieliczni którzy przeszli obok niego Drogę na Golgotę. Ty też nie byłeś sam . Obok byli ludzie z którymi przeszedłeś Swoją Drogę i Ty już wiesz że Bóg też był z Tobą więc bądź szczęśliwym człowiekiem :-) Andrzej z Przemyśla

2015-03-20 15:37:18

Świetne duchowe przeżycie pomimo ze bolą nogi niesiemy intencje Maryi kalwaryjskiej to dodaje sil noc i warunki pogodowe nie sprzyjają wędrowce ale modlitwa dodaje otuchy i zawziętości do dalszej drogi Grzegorz

2015-03-19 11:20:02

Po co idziecie w EDK?!

Trzeci raz jechałem samochodem, zabezpieczając trasę EDK do Kalwarii Pacławskiej. Obserwując zmagania pątników- zza szyby ciepłego wnętrza Nissana – zadawałem sobie pytanie : Po co idziecie?! Czarna noc, zimno, pada śnieg. Ile z tych intencji, które niesiecie spełniły się? Czy wysłuchał was Ukrzyżowany? Czy was pogięło ?Przecież zamiast brnąć w błocie po kolana jest zamiennik: ciepła wersalka przed telewizorem, a w sobotę konsumpcja w hipermarkecie i obiad w Mc’Donalds. Przecież DOBRO zostało ukrzyżowane! A wy co? Chcecie się znowu do tego przyłożyć? Pozdrowienia z ciepłego wnętrza Nissana „Spotkało mnie, czegom się lękał. Bałem się, a jednak to przyszło” Księga Hioba Kierowca

2015-03-17; 15:31:16 Ekstremalna Droga Krzyżowa.

Nie będę pisał o trudzie i zmaganiach bo ten kto był je zna a ten kto nie był i tak wyobrazi je sobie na swój sposób. Moja droga była całkiem inna niż ułożyłem ją sobie w głowie… Był wysiłek czekałem aż się coś zacznie a tu taka pustka takie nic zupełne. Rozczarowanie… Modlitwa o siłę… Po prostu modlitwa… 13:00 Klasztor Kalwaria Pacławska. Łzy… Klęczę przed obrazem Matki Bożej i jedyne co potrafiłem powiedzieć to „Dziękuję…” I znowu jakby rozczarowanie nikt mnie nie przywitał nikt się nie spytał jak było nikogo nie ma wokoło po prostu nie tak to miało wyglądać według moich wyobrażeń. Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie że w tej pustce w tej nicości w tej ciszy nie byłem sam! Dziękuję Panie Jezu!!! Słodki Krzyż… Marek z Radymna

2015-03-16; 23:03:28 Uczestniczyłem w PEDK (Jarosaław – Kalwaria). Jest jedna jedyna rzecz której wg mnie brakuje – Msza Swięta oraz przyjecie komunii na zakonczenie Drogi czyli w Kalwari. Pytałem zakonnika w Kalwari czy mozliwe jest przyjecie komunii, ale odpowiedział że musi byc to w trakcie Mszy Świetej (pierwszy raz spotykam sie z tą opinią). Czy problemem byłoby odprawienie np 3 mszy św z interwałem 2h? alekgl

2015-03-18; 20:09:45 Droga Krzyżowa zmienia, w Bogu Nadzieja. ps

2015-03-17; 11:13:43 Moja trzecia EPDK w tym druga na Kalwarię Pacławską.Najtrudniejsza również duchowo.Szukam w sobie odpowiedzi co mi dały poprzednie Drogi i czy warto było.Szukam w sobie odpowiedzi jaki jest mój cel tym razem bo decyzja że idę podjęta kilkanaście dni temu zapadła bez zastanawiania. Odpowiedzi przychodzą z czasem , z narastającym zmęczeniem i bólem.Te prawdziwe odpowiedzi , bo na początku Drogi priorytety są inne. Droga wymusza zmiany. Zmianę postrzegania siebie.Traktowania , właśnie TRAKTOWANIA Boga na poważnie, zrozumienia słowa pokora. Właściwie taką pełną definicję tej Drogi stanowi słowo POKORA. Boję się tych uzyskanych odpowiedzi . Czy dam sobie z nimi radę ? Czy będzie mnie stać na zmiany w moim życiu ? Bóg mi podpowiada że tak,ale jak długo będę Go słuchał w takim samym skupieniu jak na Drodze ? Wierzę że tak choć mam świadomość że ta moja wiara jest bardzo ułomna.Może to jest najważniejsza odpowiedź jaką na tej Drodze otrzymałem już po raz trzeci ? Jezus też trzy razy się podnosił więc wie że też muszę upadać tylko muszę pamiętać o tym że moim obowiązkiem jest powstawać. Dzisiaj bałbym się wyruszyć jeszcze raz w taką Drogę bo naprawdę ekstremalnym wyczynem było przejście ok 1 km. w niedzielę z domu do Kościoła i z powrotem ;-) Ale dałem radę ! Chwała Panu ! Andrzej z Przemyśla

2015-03-16 22:39:15 Cel? Tym razem Leżajsk, chociaż rok temu obiecałem sobie, że będzie to Kalwaria. Początek był jak wieczorny spacer po mieście. Wszystko do czasu, kiedy zaczęło się brodzenie w błocie po kolana. Pierwszy kryzys. Strach, czy chore kolana wytrzymają. W ręku różaniec, kto mi pomorze, jak nie Maryja? I pomogła. Chwila oddechu, ale „cudowne” błoto nie odpuszcza. Na szczęście Maryja jest ze mną. Po długiej mordendze w błocie, w ciemności, na mojej drodze pojawia się Weronika, jakieś kobiety zapraszają na pierogi i barszcz. Chwała Panu! Chwila odpoczynku i dalej na Golgote. A podrodze, parę błędów w trasie, wyszły braki w czytaniu mapy. Skutek kilka kilometrów więcej brodzenia w błocie, przedzierać się przez krzaki i zarośla. Coraz mniej ludzi idących ze mną. Początek agonii, w butach bajoro, odciski na palcach, przenikające bóle łydek, kolan. Jezu ratuj! Jest nareszcie asfalt. Radość szybko mija, w błocie było miękko. Asfalt jest twardy, okrutny potęguje ból. Ostatnie kilometry. Ja już nie idę. Po prostu się snuje, ale muszę dojść do celu. Mocno ściskam różaniec. „CZARNY”, nie odpuszcza, kusi – zrezygnuj, po co ci to, zadzwoń po samochód. NIE! !! Ostatnie metry ofiaruje za najbardziej za twardziel grzeszników. MARYJA pomaga. Jest klasztor ostatnia stacja. Jezus zwyciężył. Alleluja. Chwała Panu. Za rok będzie Kalwaria, jak Bóg pozwoli.

Tomek

2015-03-16; 17:05:57 Serdecznie pozdrawiam tych wszystkich, którzy wybierając się do Przeworska doszli do Przemyśla (2 potwierdzone przypadki), wybierając się na Kalwarię trafili do Katedry (również 2 potwierdzone przypadki), ponoć byli też tacy co szli do Przemyśla a trafili na Kalwarię. Podobnie jak w zeszłym roku pytanie zadane w Tapinie: „Ile jeszcze do tego Przeworska?” raczej nie wzbudziło współczucia pytanych. I znowu się zastanawiam, czy poprawiać opisy, ustawiać znaki, czy też zostawić jak jest. Niech Pan prowadzi, pozwala się gubić i odnajdywać na swojej własnej EDK, dla każdego innej. Paweł

2015-03-16; 14:54:53 Pierwsza myśl i cel PEDK to Kalwaria Pacławska,noc z 13/14.03.2015 jest dla mnie bardzo zagadkowa bo nie potrafię odpowiedzieć czy wytrwam w tej ekstremalnej drodze.Słysząc głos,że powinnaś-wyruszam.Rzęsisty deszcz,śnieg,błoto prawie po kolana i chwilami jazda po nim jak po lodzie dominują.Ekstremalność może nadekstremalność,płaszcz przeciwdeszczowy zamienił się w skamielinę,nogi sztywne,usta drętwe,oddech ciężki,ścisk w piersiach ale krok po kroku.Trzymam się krzyża,w którym tkwi obecność JEZUSA,w tym bólu przeżartym do kości czujesz Jego MOC,nie poddawaj się Alleluja,Chwała i Cześć.Przełamuję lęk,chcę iść i dzięki Jego łasce mogę dotrzeć do celu.Na Golgocie Kalwarii przyjęłam Ciebie Panie z sercem wielkim,te upadki bardzo mnie wzmocniły.Błogosław duszo moja Pana oto jest Baranek żywy. Beata M.

2015-03-16; 09:48:49 Cel – Kalwaria Pacławska. Dlaczego? Bo u celu wędrówki czekał na mnie Jezus w konfensjonale. Wiem, że On był ze Mną cały czas, że towarzyszy mi zawsze ale to ja nie zawsze jestem z Nim. Więc wyruszyłam na spotkanie Jego i Jego Matki. Nie chciałabym aby zabrzmniało to jakoś ckliwie, wylewnie tylko tak po prostu. Ponieważ nie pierwszy raz wędruję wiedziałam trochę z pychą że dojdę do celu. I doszłam . Nie powiem, że nie było chwili trudnych, ciężkich ale nie było zwątpienia. Doszłam . Ale nie o tym chcę napisać. Chciałabym opisać drogę moich współtowarzyszy. To Oni są prawdziwymi zwycięzcami tej drogi, ich młodość i niezłomność . Trochę zbyt łatwo i szybko wypowiada się osądy że nie ma już fajnej , dobrej i odpornej na cierpienia młodzieży. Są a ta wspaniała szóstka jest tego przykładem. Wyszliśmy jako 10 osobowa grupa i w tym składzie doszliśmy na Kalwarię. Obserwując ich widziałam siebie czy Zbyszka w młodości. Zapał , entuzjazm i trochę brak wyobraźni o trudach. My starsi (tylko troszkę) różniliśmy się od Nich tym, że byliśmy naprawdę przygotowani pod względem ubioru, nauczeni doświadczeniem albo po prostu posiadaliśmy materialnie te rzeczy. Niech nie zabrzmi to pysznie ale każdy wędrowiec wie jak niesamowite są współczesne ubrania, nieprzemakające termiczne i tym podobne. Ci chłopcy w adidasach trampkach dzinsach i cienkich kurtkach. Już przy skręcie na pierwszą błotnistą drogę część z nich miała mokre skarpetki. Niesamowite doszli i bez osiągnięć współczesności. Tempo narzucili niesamowite, ich orientacja w terenie i wyznaczanie trasy wg mapy godne podziwu.Oczywiście mięśnie rozszarpało każdemu. I w lesie w środku nocy kiedy na krótkim odpoczynku na ścince drzew został nasz Krzyż to wiadomo wtedy było iż od tego momentu każdy w widoczny sposób wziął swój własny krzyż, cierpienie.Ale każdy szedł dalej. Z nastaniem dnia zrobiło się zimno, resztki ciepłej herbaty się skończyły i skończył się młodzieńczy zapał. Widac było jak pokręciło im nogi, doskwierało im zimno ale żaden się do tego nie przyznał. Szli dalej.Niesamowite! co tam ja , gdzie nawet skrawek skarpetki mi nie przemókł. Jakie mogłam mieć cierpienie?.Gdy nad Wiarem napili się ciepłej herbaty wróciły im siły i żaden nie chciał się poddać chociaż uwieżcie mi niejeden by się poddał. Usłyszałam słowo od jednego z nich pokuta. I doszli, popadali w Sanktuarium przed obrazem i już tylko oni wiedzą co czuli. Ja doszłam, pomodliłam sie i tak jakoś trochę bez emocji… Dopiero podczas spowiedzi osunęłam się na stopnie i wtedy dopiero dopuściłam do siebie Jezusa i Jego Matkę. Bo Oni ciągle byli ale to ja musiałam im pozwolić na to zbliżenie. I pozwoliłam i ekstremalność tej drogi właśnie się rozpoczęła… Dziękuję całej mojej grupie! B

2015-03-16; 00:53:08 Czytając poprzednie świadectwa myślę sobie jak chyba trudno by było zrozumieć komuś, kto tej Drogi nie doświadczył czym naprawdę jest EDK. To była moja druga Podkarpacka Ekstremalna Droga Krzyżowa na trasie do Archikatedry Przemyskiej. Trasa ta sama jednak droga zupełnie inna. Wiedziałem czego się mogę spodziewać, jednak rzeczywistość okazała się zupełnie inna niż moje wyobrażenia. Pogoda już od dnia poprzedniego nie zachęcała, ale cóż pomyślałem, że skoro już postanowiłem nie mogę się wycofać i muszę zrobić to dla Jezusa, skoro On tyle dla mnie zrobił, On swoje życie oddał dla mnie z miłości. Nie mogłem się wycofać, zdezerterować. Podjąłem wyzwanie. Jakże miło było zobaczyć tłum „szaleńców” zebranych w Jarosławskim Opactwie, którzy z takim entuzjazmem przygotowywali się do drogi. Msza Święta z pięknym kazaniem o słuchaniu. I zrodziło się pytanie: czy ja wystarczająco słucham Głosu Bożego w swoim sercu? Czy w dzisiejszym zagonionym świecie mam czas na chwilę zatrzymać się by posłuchać… Z tym pytaniem w myślach zabrałem brzozowy Krzyż i wraz z moją towarzyszką dołączyłem do grupki, i ruszyliśmy. Towarzysze anonimowi, nieznajomi, ale w momencie stworzyła się głęboka więź, serdeczność. Stacja po stacji ktoś inny odczytywał tekst rozważań, a między stacjami głębokie skupienie, milczenie, cisza. W tej ciszy naprawdę można było zatrzymać się, pomyśleć nad rozważaniami kolejnych stacji i przede wszystkim być z Jezusem, być blisko Niego, i słuchać… Już przed połową drogi, czyli przed Tapinem tempo dawało się we znaki, ale od nikogo z naszej grupki nie można było usłyszeć słowa narzekania, szemrania, niezadowolenia. Po kawie w Kościółku w Tapinie z nową energią ruszyliśmy dalej już trochę powolniejszym tempem. Każdy z nas zmagał się z niesamowitym błotem, którego w żaden sposób nie dało się obejść. I brnęliśmy w tym błocie momentami po kolana w kierunku wioski, o której to mówił opis trasy, jednak nie było jej widać. W głowie myśl: czy dobrze idę?, czy idę właściwą drogą?. W życiu też zadajemy to pytanie, ale czy słuchamy odpowiedzi?… czy też brniemy we własnym błocie, nieraz po szyję.. I dotarliśmy do cywilizacji. Idziemy dalej i dalej, i dalej. Stacja po stacji. Deszczyk wciąż delikatnie pada. Powoli noc zamienia się w dzień. Za lasem znak „Przemyśl”. Jakże inna to sceneria niż sprzed roku. Rok temu ptaki radośnie oznajmiały budzący się dzień. Piękny wschód słońca przywitał nas wychodzących z lasu, a teraz szaro, smutno, ponuro, nawet ptaki nieśmiało świergotają. I idziemy ubłoceni,wycieńczeni w kierunku miasta. Mijamy przejeżdżające samochody i przechodniów, którzy dziwnie na nas patrzą. Ciekawe co o nas myślą? jak nas odbierają?, widząc nas w takim stanie z Tobą Jezu na brzozowym Krzyżu na przodzie. I mijamy rzekę San, zmierzamy w kierunku Archikatedry. Przed nami strome schody, które wcale nie łatwo było pokonać. Z wielkim trudem pokonujemy ostatnie stopnie. U szczytu witają nas, wręczają certyfikat. Jeszcze tylko ostatnia Stacja: „Jezus złożony w Grobie”, słowa pożegnania i podziękowania współuczestnikom. I wchodzimy do Archikatedry. W wielką radością dziękujemy Bogu za dotarcie do celu, za pomoc w przezwyciężeniu trudności, za to, że przez tą drogę mogliśmy poczuć chociażby znikomą namiastkę Męki Naszego Pana Jezusa Chrystusa. I jesteś Jezu, Żywy, Prawdziwy w Komunii Świętej. Prawdziwy, Żywy, Zmartchwychwstały, w Białej Hostii. Ten ubiczowany, umęczony, upadający pod ciężarem Krzyża, Ten opluty, znieważany, odarty z szat. Ten z którym przemierzałem tą ekstremalną, Twoją Drogę Krzyżową. Czekasz wciąż na każdego, wołasz! Czy słyszymy Twój Głos??, czy umiemy słuchać?? … Sławek

2015-03-15, 16:15:59 Stacja XIII, kościół Salezjanów w Przemyślu, za mną prawie 10 godzin, 44 km i cała noc. Ale nie myślę o sobie tylko o tym jak często nie potrafię ochronić swoich bliskich przed cierpieniem, tym niezasłużonym i tym będącym konsekwencją wyborów. Twardy facet, radzący sobie z życiem, może za bardzo chcę mieć wpływ na wydarzenia i innych, a za mało daję obecności i czasu. Jezu, proszę abym umiał bardziej przytulać, na miarę krzyża innych pod którym przychodzi mi stać. Paweł

2015-03-15, 11:54:14 Już po raz trzeci uczestniczyłem w ekstremalnej drodze krzyżowej, po raz trzeci przeżywałem ją inaczej, po raz trzeci z innymi ludźmi którzy mieli dojść do wyznaczonego celu – ale po raz pierwszy ofiarowałem ja za mojego przyjaciela. Wyszliśmy w kierunku Przemyśla, a w nieocenionym Tapinie/chyba jest to połowa naszej drogi/ niezapomniane minuty w kościele z ciepłą herbatą, odpoczynkiem w cieple – na zewnątrz przez cały czas mżawka z deszczem, a chwilami deszcz z drobnymi płatkami śnieżku. W tym Kościele nowe znajomości, nowi przyjaciele którzy podążają i do Przemyśla i na Kalwarię Pacławską. Czas płynął, kilometry przejść wzrastały , zmęczenie coraz większe ale miałem konkretny cel – dojść za wszelką cenę – nie moge zrezygnować. Doszedłem dla PRZYJACIELA – zmęczenie odeszło, byłem szczęśliwy. Czy wszystkim dane było dojść do celeu do końca wędrówki pomimo różnych prblemów.Ja już czekam na TAKI WŁAŚNIE EDK w 2016 r jeśli Bóg tak zechce. D.

2015-03-15, 07:24:30 Koleżanka prosiła, żebym jej zdał relację… wieczorem po ukończeniu EDK napisałem jedynie: I dobrze że nie poszłaś! Masakra! Tyle błota to przez całe życie nie widziałem ale dnia następnego tuż po świcie rozwinąłem tą myśl, brzmiało to tak: zacznę od tego że udziału w Ekstremalnej, nikomu nie polecam. Trzeba być na to w pełni zdecydowanym, przygotowanym na najgorsze… bo na trasie ciężko zrezygnować… jak zaczniesz powinnaś już skończyć… dystans 45 km pieszo był jak do tej pory najdłuższym jaki miałem za zadanie pokonać za jednym zamachem i to jednej nocy. Noc w połowie marca, nie jest najlepszym momentem na takie przedsięwzięcie… uroczy deszczyk siąpiący mi w niczym nie przeszkadzał, wilgoć wisiała w powietrzu, problemy zaczęły się wtedy gdy skończyły się utwardzone, gliniane „drogi” – wiosenne błoto jest zdradzieckie, nie wiem do czego to porównać… idziesz i starasz się nie zostawić buta w czeluściach tych bagien, rzuca Tobą na wszystkie strony, trudno utrzymać równowagę… ale idziesz, i idziesz dalej. to nie było tak że było 500 metrów błota… między 8, a 9 stacją szliśmy 2 godziny w błocie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! to uczy pokory… turystycznie nigdy bym tego nie przeszedł ale właśnie bo to nie ma być wypad Turystyczny i o to w tym wszystkim chodzi, masz się zgubić, tak jak wszelkie wątpliwości, wszystkie obawy, nic Cię nie obchodzi… początkowo myślisz, ale mam brudne buty, na spodniach kolejna plama błota… a potem to już się nie liczy… tylko żeby nie upaść i modlisz się, W MILCZENIU! JEDYNE CO SŁYSZYSZ to odgłosy nocy, zmagania innych którzy idą (nie z Tobą, lecz obok) jesteś sama… a co jakiś czas ktoś odczytuje rozważania, które docierają całkowicie inaczej, niż gdybyś je czytała w zaciszu domowym…. zdajesz sobie sprawę że Jezus miał nieporównywalnie gorzej… Nawet nie miej czelności tego porównywać… to takie ludzkie… ale tak jak mówię nie liczysz już kroków… Czujesz, że Ktoś na górze docenia Twoje trudy! Udowadniasz sobie samemu że potrafisz… Nóg już nie czujesz po jakiejś połowie, poniżej masz tylko ból i czekasz do świtu… śpiąc czasem na stojąco a o świecie kogut brzmi ogłuszająco, jak i szczekanie psów, zimno jest do granic… wydawałoby się że za dnia będzie łatwiej, ALE NIE JEST! po całej nocy, gdy chcesz już odpuścić, słyszysz o tym jak Go z szat obnażają, jak do krzyża przybijają, jak powoli Oddaje za Ciebie, Swoje Boskie Życie… próbujesz iść przez miasto godnie, ale masz na sobie za dużo błota, ludzie się zastanawiają PO CO CI TO! A Ty tylko się zmuszasz do tego by jedna noga wyprzedzała drugą… do Katedry w Przemyślu prowadzą najdłuższe schody na Ziemi… ale przecież nie padniesz przed nimi… na górze, już nie jesteś tą samą osobą co 12 godzin wcześniej… w kościelnej ławkce drżysz, ronisz łzy i nie dziękujesz… W CAŁOŚCI JESTEŚ WDZIĘCZNOŚCIĄ!!!!! Także nawet nie wyobrażaj sobie co Cię czeka podczas kolejnej Ekstremalnej, bo zawsze siebie zaskoczysz! Warto żeby każdy mógł tego doświadczyć, ale każdy kto się tego podejmie FAKTYCZNIE JEST SZALEŃCEM! Tadeusz „Szczęściarz”

2015-03-14; 20:52:09 44 km w blocie zimno, deszczyk , noc przeraźliwie ciemna. Lampka czołowa to cud cywilizacji. Momentami zostajesz sam często w lesie , w błotnistej drodze. Gdzieś przed Tobą światła- to ludzie, gdzieś za Tobą- to ludzie tacy jak Ty, każdy z Tobą – Jezu. Połowa drogi nogi idą, Jezus niesie Ciebie, Wiara , Miłośc niesie Ciebie. Ty już nie idziesz, a może to właśnie idziesz Ty z Nim.Kiedy myślisz że juznie wytrzymasz – nadchodzi świt. Jeszcze trochę choćby na jednej nodze, bo druga juz odmawia posluszeństwa. A może sam nie dotrzesz, pozwól by inni Cię donieśli, przyczynisz się do ich szczęścia. JEZU UFAM TOBIE- TE SLOWA MNIE NIE OPUŚCIŁY. Renata

II Podkarpacka Ekstremalna Droga Krzyżowa 2014

10.04.2014r. Droga Krzyżowa zmienia. Czy tego chcemy czy nie. Kilkanaście dni później jest tak samo ekstremalna jak wtedy. Bo życie jest ekstremalne. Ptaki o świcie śpiewają zbyt głośno a słońce ma w sobie ogromną moc. Brzozowy krzyż wyrył trwały ślad pieczęć na moim czole. Nic już nie jest takie samo Granica lasu jest granicą zmroku. A reszta jest miłością. I wyszedłem na łąki… Chwała Panu. A.

8.04.2014r. Na PEDK wyruszyłam trasą najprostszą czyli do Przeworska (łatwa). Dołączyłam do grupy wspaniałych – nieznanych mi wcześniej ludzi, którzy są w wieku moich dzieci i wnuków. Nie było łatwo ale przecież Droga Krzyżowa łatwą być nie może …. jestem szczęśliwa, bo mimo różnych przeciwności – dałam radę. Dziękuję Bogu za to doświadczenie, a Małgosi, Agnieszce, Marlence, Dominikowi, Jackowi i …… (zapomniałam imię) za to, że byli ze mną na tej drodze i dzięki ich dyskretnej pomocy wytrwałam. Bóg zapłać! BasiaL.

7.04.2014r. Od pierwszej informacji o organizowaniu I Podkarpackiej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej w Jarosławiu, wiedziałam, że muszę iść. Spełniło się moje marzenie raz i drugi. Wiedziałam, że w tym roku nie będę mogła wziąć w niej udziału. Im bliżej terminu wyjścia, tym bardziej to przeżywałam. Widziałam coraz dłuższą listę uczestników… odnajdywałam znajome nazwiska… Bardzo chciałam znaleźć się wśród nich, ale rzeczywistość była inna niż pragnienie. Nawet najszlachetniejsze pobudki nie mogły zmienić realiów życia. Pogodziłam się z tą sytuacją. Oddałam to Panu Bogu, a z wędrującymi łączyłam się duchowo… Później słuchałam relacji uczestników… Na moment znów pojawił się żal… i nagle przyszło Światło: przecież ŻYCIE MOŻE BYĆ NAJPRAWDZIWSZĄ EKSTREMALNĄ DROGĄ KRZYŻOWĄ! Jeśli tylko potraktuje się je na serio… będzie się szukało woli Bożej, a nie własnej, to tak się stanie! Najważniejsza decyzja: czy chcę wziąć ten krzyż? Nie wymyślony, ale ten przeznaczony dla mnie? Czy chcę? A później już wszystko będzie tak samo jak na Jego Drodze Krzyżowej: i sąd, i śmiech tłumów… i niezrozumienie… i może pojawi się jakiś Szymon, jakaś Weronika… i wiele, wiele upadków… i wątpliwości: czy dam radę, czy jest sens iść dalej? Zupełnie jak na EDK. Tylko na tej Życiowej EDK nie wyciągniesz komórki i nie zadzwonisz, by ktoś po ciebie przyjechał, bo już nie masz sił. Tu komórka na nic ci się nie przyda. Chociaż… możesz wysyłać SMS-y :) – wzbudzać akty strzeliste… to pomaga! Dzięki Ci, Boże, za ten znak od Ciebie! A może pozwolisz mi jeszcze kiedyś przeżyć PEDK… Duchowa uczestniczka II PEDK

5.04.2014r. Zdecydowałem się to już coś w dzisiejszym szybko pędzącym życiu. Wybrałem Kalwarię bo lubię duże wezwania. Podczas mszy Świętej spowiedź i słowa kapłana: grzechy już zostały za Tobą teraz idź. Odbiór krzyża i przypadkowy dobór grupy 8 osób i ruszamy. Na początku tempo bardzo szybkie i wręcz wojskowe, lecz z upływem czasu nogi odczuwały trudy marszu. Wówczas powracała modlitwa by Maryja pomogła, gdy inni Nas wyprzedzali powtarzałem sobie w duchu to nie wyścig a kolega z grupy dodawał otuchy najwyżej dojdziemy w niedzielę. Długi odcinek w lesie dochodzimy do głównej drogi i dwoje z naszej grupy wraca. Żal ale i wdzięczność dla nich że z nami do tej pory szli. Żegnamy się i ruszamy dalej najgorsze jednak jest wstać i ruszyć po postojach, gdyż nogi coraz bardziej ociążałe, wówczas dwie dzielne koleżanki dają popis książkowej dyscypliny i maszerują dzielnie zawsze na przedzie. To naprawdę bardzo mi pomagało z uśmiechem i nadzieją, ale i podziwem dla nich ruszałem dalej. Zanim zobaczyłem wierzę sanktuarium mój kolega poprosił by go zostawić gdyż ból był na tyle duży że uniemożliwiał mu dalszą wędrówkę, jednak na jednym z postoi widziałem jak walczył i szedł. Ten widok rozwiał moje wątpliwości wówczas dotarło do mnie że dojdziemy. Siły powróciły jak się potem okazało na krótko ale długi i trudny odcinek pod Wiar pokonaliśmy bez odpoczynków. Ostatnia góra, upał, kurz a na szczycie znajomi z wodą, bananami i wielką radością że nam się udało. Ostatnia prosta i ołtarz gdy upadłem na kolana po raz pierwszy miałem ochotę zapłakać z radości, ogromnej radości. Pokonałem siebie zmęczenie duże ale radość i wdzięczność dla towarzyszy grupy ogromna. Bardzo Wam dziękuję, za ciszę, dyscyplinę, pomoc, uśmiech ale przede wszystkim wiarę jak wiele możemy zrobić razem. W drodze powrotnej od kolegi padły dla mnie znamienne słowa: „ja też chciałem przywitać pielgrzymów”. Na pewno ich nie zapomnę. Za wszelkie dobro Chwała Panu !!! Olo

3.04.2014r. KAWA W TAPINIE Nie przepadam specjalnie za kawą, lecz mimo to – wyznaję szczerze – jestem uzależniony od tego napoju. Ale to musi być tylko ta kawa,mocna kawa, którą raz w roku, nocą podają w Tapinie, w kościele pw. MB Wspomożenia Wiernych. Doskonale pamiętam tę pierwszą, która pobudziła mój układ krążenia w środku chłodnej nocy 9 marca 2013, w drodze do przemyskiej archikatedry. I zapamiętam tę drugą, którą gościnne tapinianki poczęstowały nas o tej samej porze w sobotę, 29 marca 2014, gdy  z Leszkiem, Henrykiem i Andrzejem zmierzaliśmy w kierunku Kalwarii Pacławskiej. Czy będzie mi dane – już po raz trzeci – poprosić w Tapinie o kubek kawy (ersatz biblijnego kubka wody) w wielkopostną noc w 2015 roku?…  OTO JEST PYTANIE. Bądź wola Twoja… Mieczysław z Przemyśla

31.03.2014r. W tym roku również zabezpieczałem samochodem uczestników Drogi Krzyżowej z Opactwa do Kalwarii Pacławskiej. Po bezdrożach Pogórza Przemyskiego przejechałem 250 km. Opatrzność podarowała nam idealne warunki. Nocne niebo obsypała miliardami gwiazd. Obudziła cudowny poranek, a na dzień podarowała dużo słońca i orzeźwiającego wiatru. Warto było towarzyszyć takim ludziom. Są to skały na których można się oprzeć. Jest to sól naszej ziemi. Jest to mocny fundament na którym można budować i z optymizmem patrzeć w przyszłość – na losy naszego Kościoła i Ojczyzny. Szli, nie zapatrzeni tylko w siebie, ofiarując trudy Drogi Krzyżowej w intencjach innych osób. Jakże różni, bardziej wartościowi, od krzyczących, pustych celebrytów. Pośród nich powinniśmy szukać kandydatów do wyborów samorządowych. Jestem pełen podziwu dla młodego mężczyzny Marka, z okolic Dynowa. Z poranionymi do krwi stopami, dotarł jako ostatni o godzinie 17.00, do kościoła w Kalwarii Pacławskiej, aby pokłonić się Najświętszej Panience – Królowej naszej ojczyzny. Zapamiętam go na zawsze. Niech żyje Chrystus Król! P.S. Serdecznie dziękuje moim „towarzyszom niedoli”, młodym ratownikom medycznym – Piotrowi i Pawłowi. Bogdan Cichy

31.03.2014r. Na PEDK wyruszyłam po raz drugi. Odkąd dostałam sms ze jest organizowana II PEDK nie mogłam przestać o tym myśleć. Nie zastanawiałam sie ani chwili czy idę, od razu wiedziałam że chce, że muszę. Wkońcu naszedł ten długo wyczekiwany dzień – 28 marca. Kiedy uczestniczyłam we mszy świętej czułam ze jest ona dla mnie jeszcze większym przeżyciem niż niedzielna msza święta. Po mszy nadszedł czas łączenia sie w grupy i wyruszenia w trasę. Śmiało mogę powiedzieć że grupę miałam wymarzoną. Składała sie z 9 wspaniałych osób. Wszyscy po wielkich trudach dotarliśmy do Katedry w Przemyslu. Każda stacja to było wielkie przeżycie, bowiem Pan Jezus do każdego z nas coś chciał powiedzieć, coś przekazać tak aby na zawsze zostało to w naszych sercach. I tak własnie sie stało. Mimo że tego roczna Ekstremalna Droga Krzyzowa dobiegła końca ja nie moge przestać o tym mysleć. Idąc na nią miałam swoją intencję. Czuję że Bóg mnie wysłucha i wesprze. Pozdrawiam wszytskich uczestników PEDK a głownie moja cudowną grupę, także organizatorów. I do nich własnie mam prośbę: aby co roku organizowali taką wyprawę śladami Jezusa.

M.

31.03.2014r. Na EDK wszystko jest proste: Pomysł, wyzwanie, decyzja … ruszamy do przejścia 65 km, żadnych dylematów: idziesz dalej albo się poddajesz! Z każdym krokiem odpadają kolejne motywacje, w końcu zostajesz sam z pytaniem: Jeszcze jeden krok, czy już dość, Kolejna stacja, rozważanie, krótki odpoczynek „Miarą człowieka jest największe wyzwanie z jakim się zmierzył i wygrał” Ruszamy dalej, podejście pod Gruszową to już walka o każdy krok. Ze szczytu widać już wieżyczki Kalwarii, dodają resztek sił, po 16 godzinach docieramy do celu. Dzisiaj już nie jest tak prosto, wyzwanie ma bardziej skomplikowane oblicze, zamknięte w pytaniu: co czuje Człowiek gdy jego przyjaciel odchodzi w noc? Nie ma nawet żadnego znaczenia, że zdradził, przyszedł do ogrodu ze zgrają zbirów by wydać go w ich ręce, historia Człowieka ma swój zapisany scenariusz, który powinien zostać zrealizowany, ale historia przyjaciela przecież mogła zakończyć się inaczej. Przyjaciel odszedł z uczty – a był noc, Człowiek wyszedł w ciemność ogrodu by go odnaleźć, wiedział, że konsekwencją może być wyrok krzyża, ale i tak za nim poszedł, podchodzi do niego po raz kolejny i kolejny, całuje, mówi „przyjacielu” Piotrowi wystarczyło jedno spojrzenie by wycofać się ze zdrady, temu zdaje się nie wystarczać pocałunek. Odchodzi w ciemność.  Co czuł wtedy Człowiek, czy tak jak ja ciągle zastanawia się czy zrobił wszystko co mógł, gdzie popełnił błąd, jakiej możliwości nie wykorzystał. Dzisiaj już nie jest tak prosto jak na EDK, pozostaję z wyzwaniem którego się podjąłem i ciągle jeszcze nie wygrałem, czy wygram? Nie wiem. Ale pozostaje wdzięczny ostatniej piątkowej nocy na drogach P-EDK, godziny marszu uczą, że nie muszę być pewien swoich sił, więcej, mogę być pewien, że ich brakuje, „każde wyzwanie ma w swej naturze to, że nas przekracza”. Kolejna stacja, rozważanie, krótki odpoczynek, ruszamy dalej.

Paweł

31.03.2014r Kiedy już nie ja tylko mój ból modlił się o pomoc, kiedy nogi same szły pod ostatnią górę wiedziałem że dojdę na Kalwarię Pacławską . I doszedłem !!!! Chwała Panu ;-) Andrzej W. 31.03.2014r. Na EDK nie byłam pierwszy raz. Wędrowałam w Krakowskiej, była w zeszłorocznej Podkarpackiej ale to ta była moją drogą krzyżową. Małe niepokoje pojawiły się na początku bo w tym roku kondycyjnie czuję się słabsza ale przecież nie zrezygnuje. Początkowe stacje były wędrowaniem. Mogłam spokojnie skupić się na modlitwie, prośbach które ze sobą zabrałam, rozważaniach. Jeszcze przed Taplinem pojawiły się pęcherze. O tym bólu całkowicie zapomniałam jak poczułam łydki. O łydkach zapomniałam w Maćkowicach jak kolana przypomniały o sobie. Stacja 10 tak jak w zeszłym roku była dla mnie próbą samej siebie. Idąc asfaltową drogą pod górę w stronę znaku Przemyśl czułam każdy mięsień w nogach na przemian z chwilami błogiego „bez bólu”. Już nie byłam w stanie skupić się na modlitwie. Łzy bólu zakrywałam żartem. A ze słów modlitwy jak mantrę byłam w stanie powtórzyć tylko „Któryś za nas cierpiał rany…” a po głowie kołatały się słowa księdza „ma boleć”. Poczułam co znaczy nieść swój krzyż osobie cierpiącej. Moja droga krzyżowa miała swój finał w katedrze, po zaledwie kilkunastu godzinach a przecież są obok osoby, którzy idą drogą swojego cierpienia kilkanaście lat. Choć w sobotę zmiana pozycji na łóżku sprawiała mi ból to dziś mogę biegać. Panie dziękuję Ci za ten dar. To była moja droga krzyżowa. Bóg dał mi wszystko: piękną pogodę, gwiazdy rozświetlające drogę, śpiew ptaków, współpątników, już nie wędrowników, z którymi przeżywaliśmy wspólnie rozważania i nasze zmęczenie, narzeczonego, z którym ręka w rękę „nieśliśmy się” wzajemnie. Postawiłeś mi wyzwanie: pójdź do mnie. Po pokonaniu ostatnich schodów katedry nie byłam w stanie powstrzymać łez. Nie wiem czy więcej w nich było bólu czy szczęścia. Dziękuję Ci za tę drogę. Nie jestem godna porównywać mojej drogi do cierpienia Twojego, nie mogę porównać jej nawet do bólu innych osób ale wiem, że była mi ona potrzebna, żeby zobaczyć Ciebie w drugim człowieku. Basia 31.03.2014r. JESZCZE NIE WIEM, CZY WYGRAŁEM… Mimo, że jestem o rok starszy niż w marcu 2013, podjąłem próbę pokonania poprzeczki wyższej (o 20 km, a może i więcej…) niż wtedy.I doszedłem do celu! Ksiądz Jacek WIOSNA Stryczek próbował nocą, rankiem i w południe kilkakrotnie mnie dopingować i przekonywać, że skoro zmierzyłem się z tak wielkim wyzwaniem, to „WYGRAŁEM”. A ja wcale nie jestem tego taki pewny. Czy doszedłszy w sobotę do XV Stacji w Kalwarii Pacławskiej, stałem się inny, lepszy, pokorniejszy aniżeli w piątkowy wieczór na Stacji I „Przy studzience” ? Nie wiem. To się dopiero okaże. Jeśli sam wyczuję i nabiorę pewności , że ta II DROGA odmieniła mnie (pozytywnie), przynajmniej trochę,wtedy przyznam rację młodszemu o 23 lata, Księdzu Jackowi : TAK,WYGRAŁEM (bez cudzysłowu). I dopiero to będzie TO. Mieczysław z Przemyśla (wdzięczny Dobrym Ludziom z Jarosławia, którzy powtórnie dali mi taką szansę). Mieczysław Nyczek 30.03.2014r. Dzisiaj chcę napisać tylko krótko jak zaowocowało nocne wędrowanie. Przyniosło ogromną Radość oraz poczucie obecności Najwyższego w każdej minucie. Niebo usiane gwiazdami, wspaniali ludzie obok, promienny wschód słońca,śpiew ptaków,krajobrazy, uśpione wioski to tylko niektóre znaki świadczące o miłości i obecności Jezusa. Fakt pokonania dystansu 45km przeze mnie bez żadnego przygotowania, z chorym układem kostno-stawowym mówi sam za siebie. Moją metodą na przetrwanie było skupianie sie na bieżacym etapie wędrówki oraz cieszenie się z Obecnosi Jezusa i ludzi z którymi dane mi było wędrować. Polecam wszystkim takie przeżycie. Pozdrawiam. A.

30.03.2014r. Na EDK poszłam po raz pierwszy. Coś mnie ruszyło i wybrałam trasę na Kalwarię. Szłam w siedmioosobowej grupce nazwanej przez jednego z wolontariuszy „młodymi”. To było coś niesamowitego. Kiedy zatrzymywaliśmy się na rozważaniu drogi krzyżowej, czułam jakby przez wyczytywane słowa przemawiał do mnie Jezus. To dodawało mi siły do dalszej drogi. Nocą, z daleka widać było małe świecące kropki podążające przed nami. Wszyscy mieliśmy jeden cel – Kalwaria. Najcięższym drogą była trasa od miejscowości Olszany. Odczuwałam każdy ból. Jednak podążałam dalej, bo od samego Jarosławia miałam zakodowane, że muszę dać radę. Kiedy stałam już pod górą kalwaryjską nagle każdy ból ustał. Cieszyłam się, że się wcześniej nie poddałam i że jestem tak blisko. Szłam do celu i nagle przypomniały mi się słowa piosenki: „Ci co zaufali Panu, odzyskują siły, otrzymują skrzydła jak orły, biegną bez zmęczenia” i te słowa to faktycznie prawda i jak najbardziej sprawdziły się w moim przypadku. Dziękuję Bogu, że mimo choroby, przebytej operacji i braku przygotowania dałam radę. Uważam, że każdy jest wstanie przebyć tą drogę, wystarczy siła woli. Ania

30.03.2014r. Pokonanie PEDK było dla mnie ogromnym przeżyciem psychicznym jak i fizycznym.Szłam z grupą młodych osób do których się dołączyłam i niestety w Tapinie nie byłam w stanie dotrzymać im tempa.Zaczęłam się zastanawiać jak sobie poradzę sama w środku nocy?Prosiłam Pana Jezusa żeby mi pomógł bo bardzo pragnęłam dojść do przemyskiej Katedry,wyruszyłam samotnie w dalszą drogę,zbliżyłam się do 4osobowej grupy i przez dłuższy czas szliśmy razem,wymieniliśmy parę słów.Byli to ludzie całkiem obcy ale jakże dla mnie bliscy,zdałam sobie sprawę że moje prośby zostały wysłuchane że Pan Jezus mi te osoby zesłał żebym mogła kontynuować dalszą drogę.Nadszedł moment ogromnego zmęczenia,ból nóg,pęcherze na stopach i znowu prośba”Panie pomóż mi daj siły bym mogła dalej iść”.Czytając kolejne rozważania Drogi Krzyżowej bardzo mnie one motywowały do dalszej drogi,czułam jak Pan Jezus mi pomaga,dodaje sił.Modliłam się do mego Zbawcy „Panie to ja Ci miałam pomagać nieść Krzyż a to Ty pomagasz mnie takiemu grzesznikowi”,zaufałam Panu i On mnie doprowadził do końca.Chcę zmienić swoje życie na lepsze i wierzę że jak będę o to prosić to będzie mi łatwiej stać się lepszym, bo ta przeżyta Droga Krzyżowa to jest coś czego się nie da opisać trzeba to przeżyć i starać się wprowadzić do swego życia.Z nowo zapoznaną grupą jesteśmy już umówieni na następny rok):):) Dziękuję wszystkim którzy przyczynili się do zorganizowania PEDK 2014 i czekam z niecierpliwością na PEDK 2015. Szczęśliwa uczestniczka 30.03.2014r. http://ciekawe.tematy.net/2014/edk/ Wojtek

30.03.2014 W EDK uczestniczę po raz kolejny,tym razem Kalwaria Pacławska-65km.Wyruszyliśmy w 4-osobowej grupie Joasia,Paweł,Wojtek i Ja.Osoby,których nigdy wcześniej nie znałam a podczas wędrowania odczułam od nich wielką serdeczność,niesamowitą delikatność w słowach ,gestach.Dziękuję im za to i pozdrawiam jeszcze raz z tego miejsca.Pan Jezus w moim życiu stawia mi różne wyzwania,w tej EDK, pełnej bólu fizycznego,całkowitego wyczerpania organizmu odczułam Jego obecność i zapewnienie,że naprawdę warto.Brzozowy krzyż, przekazując sobie dodawał nam Bożej pomocy i Matczynej opieki.Rozważania stacji krzyżowych były dla nas indywidualnym przeżyciem,wyzwaniem z osobna,,trzeba wiele razy podejmować mniejsze wyzwania,by sprostać wielkim..Każdy z nas ma swoją wyjątkową drogę życia,tylko od nas zależy jaka ona będzie.Dla mnie jest i zawsze trwa z Matką Bożą i jej Synem.Bóg zapłać wszystkim. Beata M

30 marca 2014r. „Chrystus cierpiał za nas i wzór nam zostawił byśmy poszli za nim jego śladami”. W drodze na Kalwarię było ciężko, w jednym momencie miałem już dość, chciałem zrezygnować ale nie poddałem się. W milczeniu śpiewałem sobie pieśni wielkopostne i prosiłem Boga żeby dał mi jeszcze trochę siły, doprowadził mnie do celu. Udało się, po przekroczeniu progu klasztoru pojawił się płacz. Dziękowałem Bogu za to, że był przy mnie i dawał mi siły do pokonywania kolejnych kilometrów Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Michał 30 marca 2014r. Szukałem, miłości wśród ludzi Lecz, każdy odrzucał mnie z pogardą Ty jeden Panie zrozumiałeś mnie Podając swa Ojcowską dłoń Na zbolałe Twe ramiona Położyłem własny krzyż Zapomniałem, że przez mękę, trzeba iść Czy pomożesz, Synu Boga Mi z upadku mego wstać Bo przez życie, trudna droga Jezu, pomóż, wstać Chciałem, pomóc Jezusowi Grzechy świata tego nieść I przyrzekłem, Chrystusowi Wieczną prawdę w sobie mieć

Na zbolałe Twe ramiona Położyłem własny krzyż Zapomniałem, że przez mękę, trzeba iść Czy pomożesz synu Boga Mi z upadku mego wstać Bo przez życie, trudna droga Jezu, pomóż wstać właśnie na tej drodze zrozumiałem że nie jestem sam że jest ze mną Jezus Chrystus ja przy nim nie byłem na jego drodze zapominałem o nim w modlitwach o Eucharystii a On był przy mnie dziękuję Ks Markowi że zorganizował Drogę krzyżową ekstremalna dzięki tej drodze zrozumiałem jak nie miałem sił że zaraz wycofam się że nie pójdę dalej ale usłyszałem w sercu słowa Pana Jezusa Pójdź za mną a ja Ci wskażę drogę jeszcze doskonalszą teraz wiem że Jezus jest przy mnie że Kocha mnie takiego jakim jestem podał mi rękę pomógł mi wstać Chwała Panu. Andrzej

30 marca 2014r. EDK? Jedna z początkowych stacji (3?) modlimy się, mała przerwa i ruszamy. A tu kilkanaście grupek w odstępach kilkumetrowych modli się! Głowa przy głowie, a raczej „latarka przy latarce”. Małe kręgi ludzi, którzy rozważają Mękę Pana Dla mnie to było piękne! Cieszyłem się, że modlimy się osobno, ale jednak o wiele bardziej razem! No i wejście do Katedry w Przemyślu! Stoimy przed katedrą i mamy rozważyć złożenie do grobu! A ja już żyję zmartwychwstaniem!!! Ja wiem, że żyję, że ON ŻYJE! Że chociaż jestem padnięty to jest we mnie taaaaka radość! Życie, paradoksalnie siła i moc!!! Za to dziękuję Panu. Konrad


I Podkarpacka Ekstremalna Droga Krzyżowa 2013

2013.03.14 21:36 Zaufałem drodze wąskiej takiej na łeb na szyję z dziurami po kolana…

Tak pisał ks. Jan Twardowski i taka była też 1.PEDK: w ciemnościach, w deszczu, w błocie… Idąc w milczeniu od stacji do stacji, miałam dużo czasu, by przemyśleć swoje życie, zwłaszcza niektóre postawy, relacje… I właśnie w tym błocie uświadomiłam sobie, jaka jestem. Nazwałam po imieniu to, co zrobiłam. Zrozumiałam, że w pewnych sytuacjach zachowałam się jak świnia… Wiem, że to mocne słowa, ale tak się czułam… Upokorzenie było bolesne, ale chyba potrzebne. Wybrałam się na EDK jako osoba pobożna, wierząca, gorliwa katoliczka, lepsza od wielu innych (we własnym odczuciu), a wracałam… jak marnotrawna córka, która odkryła prawdę o sobie (przynajmniej jej część)… Było to trudne doświadczenie, nie złamało mnie jednak, bo wiem, że Chrystus, idąc z krzyżem, niósł wszystkie grzechy, moje także… Wierzę, że stanięcie w prawdzie przed sobą i przed Bogiem daje wolność, ale też przypomina słowa św. Pawła: „kto stoi, niech baczy, aby nie upadł” oraz „nosimy skarb w naczyniach glinianych, aby z Boga była owa przeogromna moc, a nie z nas”… Za ten czas łaski dziękuję Ci, Panie…

2013.03.12 09:24

WOLNOŚĆ Usłyszałem od organizatorów, że przejście EDK jest doświadczeniem wolności. Zabrzmiało to trochę banalnie, no bo pewnie, że tak, nikt mnie nie zmusza: mogę pójść jak zechcę, jak nie to nie, jak mi się w połowie drogi odechce to jeden telefon … i w pół godzinki jestem w ciepłym domku. Z każdym krokiem i upływającą godziną, z coraz większym wysiłkiem i bólem w nogach docierało do mnie, że wolność we mnie to nie możliwość podjęcia zadania lub rezygnacji. Na wzgórzach Lipowicy moja osobista wolność została sprowadzona do postawienia kolejnego kroku. I przestało się liczyć wszystko co miałem już za sobą, odległość do celu była trudna do wyobrażenia, jeden krok, do zakrętu, do następnej stacji, Bolesny wykład teologii ukrytej w błocie, nocy i 45 kilometrach, realny i przekonywujący, osobisty, niebezpieczny – bo zmieniający w sposób trudny do przewidzenia. Moja osobista wolność już nigdy nie będzie możliwością zrobienia czegoś lub rezygnacji, to są decyzje które podejmuję w każdej chwili; Wolność to wierność misji, przez każdy kolejny krok, wolność paradoksalnie polegająca na tym, że nie wolno się poddać, Misja wynikła z potrzeby serca; Moją misją tej nocy było dojść do Katedry. KRZYŻ Krzyż, droga krzyżowa, zmęczenie, cierpienie, zimno, błoto, mokro, nawet upadek na oblodzonym krawężniku rany – tej nocy nie Jego ale moje. A to wszystko po to by na placu Zamkowym w Przemyślu, pod drzwiami Katedry, zrozumieć, że Krzyż nie jest do cierpienia. No nie! Krzyż jest po to by odnosić zwycięstwo, by za każdym jego dotknięciem być bardziej silnym, wolnym, bardziej świadomym swojej wartości, . . . ; a to, że czasem nas poobija i obetrze, cóż tak już bywa przy walce . . . Paradoksalnie, pod Katedrą, pozbawiony resztek sił, dawno nie czułem się tak mocny. I tyle, nie wymaga to wyjaśnień. Myślę, że każdy kto szedł tej nocy drogami EDK dokładnie wie o co mi chodzi. Kto nie szedł – polecam – EDK pozostaje otwarta, gotowa wypatłać w błocie twoją pewność siebie, przekonania, czy co tam sobie zbudowałeś wokół samego siebie, coś na pewno się znajdzie. Bo EDK nie jest do opowiadania tylko do przejścia, Paweł

2013.03.11 21:38

O Ekstremalnej Drodze Krzyżowej dowiedziałam się od znajomych.Decyzje o przejściu podpięłam tydzień temu. Po Mszy św.w Opactwie jeszcze nie myślałam tak naprawdę co ja robie, po chwili uświadomiłam sobie, że jestem w Opactwie a gdzie Katedra w Przemyślu. Ale myśl o Panu Jezusie i Jego drogi krzyżowej dodała mi sił. Prosiłam o łaskę Ducha Świętego o siłę w przejściu. Roztwarzania drogi krzyżowej były dla mnie bardzo dużym przeżyciem duchowy. Modliłam się w intencji ludzi chorych i grzeszników. Wyrażam dużą wdzięczność dla ks. Proboszcza z parafii w Tapinie za udzieloną nam pomoc w odpoczynku przyjmując nas do kościoła i za ciepłą herbatę. Wydawałoby się, że już będzie z „górki” bo połowa trasy, ale okazało się,że tak naprawdę to dopiero teraz zaczął się trud i zmagania z:nocą, bólem nóg, błotem, zimnem, deszczem i słabością ducha. Ale myśl o Jezusie na Kalwarii i rozważania stacji dawały siłę do pokonania tych przeciwności. Przeżycia duchowego nie da się opisać, to po prosty uczy pokory. Jestem zadowolona, że mogłam uczestniczyć w tej DRODZE. Marzena

2013.03.11 11:11

Moja ekstremalna (tylko z nazwy) Droga Krzyżowa – na kołach. Jechałem samochodem zabezpieczającym wraz z ratownikami medycznymi. 20.00 – Eucharystia, kazanie – ks. Marek. Iskierka – jeszcze Polska nie zginęła. Gdy tylko miałem sposobność obserwowałem pątników. Warto było im towarzyszyć. Czułem dumę, a zarazem pokorę, że mogę czuć się potrzebny. Czułem się małą cząstką całej grupy, zmierzającej swoją Drogą Krzyżową do DOBRA, które zostało ukrzyżowane. Wszyscy dzielnie znosili trudy pielgrzymowania, pokonując swoje słabości. My ludzie „CZEGOŚ” szukamy – mocniej, głębiej, jakbyśmy przeczuwali, że „Coś” się wydarzy, że „Coś” jest już blisko. Każdy niósł swój krzyż w swojej indywidualnej intencji. Gdy dożyję do następnego roku chciałbym, aby jakaś grupa wspólnie poniosła jeden, większy krzyż. Nie zamykając się jedynie na swoje intencje, ale otwierając na potrzeby wspólne, ofiarowała trud drogi – za nasz naród, za naszą Ojczyznę – abyśmy zjednoczeni, dumni że swoich katolickich korzeni, stanęli wyprostowani przy tronie zmartwychwstałego Jezusa. Dziękuje towarzyszom mojej samochodowej pielgrzymki: – Ewie – pełniącej rolę fotografa – za wsparcie, poświecenie i wielką determinację. – młodym ratownikom medycznym, których bezinteresowna postawa i chęć służenia innym, dodaje wiary w to, że JESZCZE POLSKA NIE ZGINEŁA! Specjalne podziękowania składam Księdzu Proboszczowi z Tapina, który dał nam odczuć, że Kościół jest naszym domem, gdzie zawsze możemy odpocząć, gdzie zawsze znajdziemy spokojną przystań. Bogdan

2013.03.10 23:39

Tuż przed samą Drogą Krzyżową chciałam zrezygnować, jednak wystarczył mi telefon płaczącego kolegi, który powiedział mi, że nie może pójść. Wtedy pomyślałam sobie o tych chorych, cierpiących, którzy tak bardzo chcieliby uczestniczyć w tej drodze i już się nie wahałam.

Według mnie Ekstremalna Droga Krzyżowa powinna być tylko dla odważnych ludzi. Nie chodzi mi tu o odwagę pokonania 45 km, ale odwagę poznania prawdy o sobie. Ja właśnie tego doświadczyłam. Odkryłam jakim jestem człowiekiem. Przekonałam się, że w życiu nie chodzi o to, żeby zakładać coraz to nowsze maski w których będziemy wydawać się szczęśliwymi, silnymi, nie do pokonania, a pod tymi maskami ukrywa się ból, cierpienie, problemy z którymi nie potrafimy sobie poradzić. Potrzebujemy wsparcia drugiego człowieka. Potrzebujemy Boga na Naszej codziennej drodze, która niekiedy bywa równie ciężka jak ta ekstremalna. Dzięki rozważaniom przy każdej stacji na nowo odnalazłam w sobie misje. Nie chce już żyć z dnia na dzień. Dziękuję wszystkim organizatorom. Chwała Panu! Karolina

2013.03.10 21:09

Idąc około godz. 19 od strony dworca PKP przez mokre ulice Jarosławia nie zastanawiałam się, po co to robię. Przemierzam 70 km pozostawiając wszystko żeby dotrzeć do punktu startu z mocnym przekonaniem że droga którą wybrałam ma cel i sens. Gdzieś nad moją głową w fitness klubie jacyś ludzie biegnący w miejscu na bieżni jak jakiś symbol mojego dotychczasowego życia. Wraz z przekroczeniem bramy opactwa poczułam ogromną jedność ze wszystkimi szaleńcami. Przypomniał mi się Jan Mazurek mieszkający na baszcie i wiele wspaniałych chwil w zrujnowanym jeszcze opactwie. Z Jarosławiem łączy mnie sentyment 5 lat nauki w szkole średniej popołudnia spędzone w opactwie w zdziczałym ogrodzie na jedzeniu jabłek uśmiechach zakonnic które chyba obowiązywała reguła milczenia. Czasami z jedną z nich rozmawiałam. Wejście na jedną z baszt w tyle ogrodu było niczym nie ograniczone i spędzałam tam z koleżanką godziny na kontemplacji rzeki San i rozległych pól poniżej klasztornego muru. Kiedyś nawet kolega pracujący przy remoncie pozwolił nam wejść na najwyższą z wież kościoła po rusztowaniach i drabinach momentami w zupełnej ciemności. Wszędzie tylko pióra gołębi jak w Ptaśku Whortona..i małe okrągłe okienko. Chwila w recepcji i nagle staję w odnowionym kościele gdzie pamiętałam nie było nic zniszczone tynki brak posadzki później prowizoryczny ołtarz.. I spowiedź autentyczna szczera z poczuciem ?e jestem kochana pomimo swoich upadków i błędów. Dziękuję Księdzu za nią. Stygmat rozwodu a później procedura stwierdzenia nieważności małżeństwa poczułam się, że zdjęty zostaje ze mnie ten ciężar. Wreszcie ulga. łzy ale i głęboka radość że jestem wreszcie wśród ludzi podobnych do mnie. Idąc w deszczu chłodzie i błocie doświadczyłam chyba wszystkiego z czego składa się życie. Poczucie wspólnoty jak pierwsi chrześcijanie idący za Jezusem. Teraz kiedy naszą Katedrą stają się w niedzielę centra handlowe wiejski kościółek w którym zatrzymaliśmy się na chwilę był tym co jest prawdziwe i trwa. Zakonnica która powinna wtedy spać z troską robiła kolejną herbatę trzy cytryny w reklamówce i torebka z cukrem i łyżeczką w środku uśmiecham się na samą myśl a obok Jezus w najświętszym sakramencie. Przemyśl powitał nas chłodem miasta my ludzie pól z brzozowym krzyżem musieliśmy skonfrontować się z komfortem i cywilizacją. ubłocone buty krzyż a na nim Jezus.. doszłam do schodów katedry i nie weszłam do niej. Moja droga trwa nadal finał będzie w niedzielę Zmartwychwstania. Chciałam zabrał polnego Jezusa bardziej do mojego życia tak bez certyfikatu.. na zawsze. Piszę to nie jako świadectwo do publikacji ale żeby podziękować Księdzu za wyznaczenie kierunku mojemu życiu znowu mam siłę konfrontować z życiem, mam cel i misję Pozdrawiam Agnieszka

2013.03.10 17:51

Zastanawiałem się czy dołączyć swoje świadectwo do tych wszystkich pięknych, mocnych przeżyć umieszczonych na stronie Opactwa ale czytając również te opinie krytyczne postanowiłem coś napisać. Decyzja o wzięciu udziału w EDK była bardzo spontaniczna, dzień przed jej wyruszeniem. Dowiedziałem się, że z mojej miejscowości wybiera się kilka osób w różnym wieku więc dołączyłem do nich. Trochę zwątpienia wkradło się po obejrzeniu prognozy pogody na tę noc i poranek ale słowo się rzekło. Wszystko zacząłem spowiedzią świętą, w której spowiednik nie potraktował mnie jako jednego z wielu ale tak jakby tam tylko na mnie czekał. Msza święta, kazanie, komunia święta, błogosławieństwo i w drogę. Mimo że mieliśmy gotowy 8 osobowy skład, wyszliśmy jako jedna z ostatnich grup. Otrzymany brzozowy krzyż kolejno wszyscy ucałowaliśmy, marząc o tym byśmy mogli to samo uczynić w komplecie w katedrze przemyskiej. Pierwsze kilka stacji mieliśmy jeszcze kontakt wzrokowy z innymi grupami a później zostaliśmy sami i tak naprawdę do był dopiero prawdziwy początek. Trzeba było zaufać opisowi trasy-zrobionemu naprawdę profesjonalnie, no może z malutkimi wyjątkami (np. w opisie pkt. 13 wskazówka, że w odległości 500m po prawej mijamy cmentarz w Maleniskach, była by pomocna nocą ale tylko w dniu Wszystkich Świętych). Trzeba było w końcu zaufać Temu, Który nas tam zawołał i chciał mówić do nas. Jeśli się idzie tylko w małej grupce nikogo się nie próbuje doganiać i można się skoncentrować na tym co było tej nocy najważniejsze – rozważanie naszej misji w życiu i dotykanie granicy swojej wytrzymałości, za którą Ktoś czekał z pomocą. Zgodnie z sugestiami staraliśmy się po rozważaniach każdej stacji podzielić się osobistym odebraniem tych słów, trwało to czasami dość długo , ale chyba nie o pośpiech chodziło. Naszym założeniem od samego początku było, że chcemy wszyscy dotrzeć do celu w komplecie i dlatego wiedzieliśmy, że będziemy jednymi z ostatnich podążających po trasie. Już w połowie okazało się, że jesteśmy ostatnią grupą, co nas wcale nie martwiło bo regulowaliśmy tempo i częstotliwość odpoczynków do możliwości najsłabszych osób w grupie. W tym czasie kilkakrotnie podjeżdżały do nas samochody organizatorów zaniepokojonych naszym tempem i zdrowiem (za co im bardzo dziękuję) ale uspokajaliśmy ich, że wszystko jest dobrze – czyli ekstremalnie. Mam trochę inne zdanie o pogodzie, która nam towarzyszyła a którą większość określała jako bardzo złą. Myślę, że była najlepsza z możliwych jak na tę porę roku. Owszem padało coś z nieba co wyglądało groźnie w światłach latarek ale to był taki Boży suchy deszcz, który nie moczył ubrań, temperatura ok. 0, -1 stopni była najlepsza dla ludzi, którzy cały czas byli w ruchu i raczej nie marzli a powiewy wiatru to nic innego jak chłodzące powiewy Ducha Świętego na naszych twarzach, błoto to na polnych drogach było jedynie urozmaiceniem. Świt zastał nas na drodze do Maćkowic – co przyjęliśmy z radością i za niewątpliwy plus bycia ostatnim. Weszliśmy do Przemyśla i nastąpił największy kryzys prawie wszystkich w naszej grupie, przeszła myśl że może niektórzy nie dadzż rady ale przecież obiecaliśmy sobie, że wszyscy albo nikt, co robić – słabsi wiedzieli, że zawiodą tych silniejszych a silniejsi wiedzieli, że teraz trzeba dosłownie podeprzeć tych słabszych i razem dojść – dobrze że z Lipowicy było już tylko z górki. Na Kazanowie ostatni przystanek, resztki kawy i herbaty z termosów, pogniecione ostatnie kanapki, coś słodkiego i ruszyliśmy do Salezjanów. Była 10.40 gdy weszliśmy do katedry, zgodnie stwierdziliśmy, śe to cud prawdziwy. Chłopcy wydający certyfikaty byli bardzo zdziwieni – chyba myśleli, że już nikt nie przyjdzie. Do pełni szczęścia brakowało nam możliwości przyjęcia Pana Jezusa w komunii świętej ale byliśmy pewni, że nie zgubiliśmy Go nigdzie po drodze od poprzedniego wieczora. Dziękuję organizatorom za pomysł, przygotowanie i organizację EDK, wykonaliście kawał dobrej roboty a to jak wszyscy z tego skorzystali zależało w dużej mierze od każdego z osobna. Za wszystko co przeżyłem, za dotknięcie granicy swojej wytrzymałości za którą Ktoś na mnie czekał i pomagał, za wspaniałych towarzyszy tej drogi – CHWAŁA PANU. Bolesław

2013.03.10 09:28

To było coś niesamowitego. Kilka dni przed Ekstremalną drogą krzyżową zaczęła mnie boleć noga i zaziębiłam się. Pomyślałam sobie to pewnie nie pójdę, ale w głowie miałam przed oczami obraz drogi krzyżowej, że muszę pójść. Chęć była duża, chciałam zawierzyć Panu Jezusowi swoją rodzinę, swoje problemy i innych. Jeszcze 4 godziny przed rozpoczęciem EPDK biłam się z myślami. To było jak walka na „ringu „. Mimo tych zmagań ze sobą (po co pójdziesz, żeby się bardziej pochorować, przecież możesz leżeć przed telewizorem w cieple) wygrałam. Zdecydowałam się pójść. Bardzo się denerwowałam, ponieważ nie miałam dobrego przygotowana fizycznego. Martwiłam się, że nie dojdę. Jednak w kościele podczas mszy św. ogarnął mnie spokój, zawierzyłam Panu Jezusowi siebie i powiedziałam Mu, że pomogę mu nieść Krzyż. Podczas Drogi Krzyżowej kiedy zaczęły mnie boleć nogi, modliłam się i ból ustawał, czułam, że mam wsparcie u Jezusa. To było naprawdę niesamowite. Dopiero pod koniec już w Przemyślu kiedy byłam tak blisko, ból był nie do zniesienia. To znaczy szłam, poddawałam się, dalej szłam, płakałam. Czułam, że rozdziera mnie ten ból. I przy moście w Przemyślu podwieziono mnie do Katedry, to było zaledwie kilkaset metrów. Byłam o krok od celu. Płakałam, że nie doszłam. Jednak w tym momencie czuję że wygrałam, że pomogłam nieść Panu Jezusowi Krzyż i za to Chwała Panu. Ewelina

Gadu-gadu sobota wieczorem

1. W minioną niedzielę po raz drugi usłyszałem o Ekstremalnej Drodze Krzyżowej poczułem ogromną chęć uczestnictwa. W poniedziałek zapisałem się na stronie ale jeszcze miałem wątpliwości w rodzaju: czy dam radę? We wtorek zmarł mój dziadziu i to był impuls który odsunął wszelkie wątpliwości.

2. Dziękuję Wszystkim uczestnikom i animatorom za wspólne przeżywanie drogi

3. Idąc na EDK, nie miałam wyznaczonego celu czy intencji. Wiem jednak, że moje uczestnictwo nie było przypadkowe, ponieważ gdy zmierzałam w stronę opactwa, zaczepiła mnie pewna pani, która prosiła o modlitwę za swoją wnuczkę, która ma mieć operację wycięcia guza na mózgu. Teraz wiem, że Pan Bóg postawił mnie na jej drodze nieprzypadkowo. Po raz pierwszy w moim siedemnastoletnim życiu poczułam się prawdziwie potrzebna, poczułam, że mam pewną misję, którą musze wypełnić, bo przecież złożyłam wcześniej obietnicę. Idąc nocą, w deszczu i błocie nie było łatwo, ale wiem, że gdyby nie działanie Ducha Świętego, gdyby nie to niesamowite spotkanie, które rozpoczęło moją drogę krzyżową, nie dałabym fizycznie rady pokonać całej trasy. Kiedy nogi odmawiały posłuszeństwa, a powieki same się zamykały, pojawiała się myśl o małej, czteroletniej dziewczynce, która potrzebuje mojego wysiłku i poświęcenia. Mam żywą nadzieję, że moja ofiara w postaci prawdziwego zmęczenia zaowocuje, a operacja przebiegnie pomyślnie. Z tego miejsca chciałabym bardzo serdecznie pozdrowić panią, dzięki której odkryłam moją misję.

4. Ja już w Tapinie czułam zdarte pięty i pęcherze, ale pomyślałam że Pana Jezusa nikt nie pytał czy go coś uwiera więc muszę dojść i dałam radę :)

2013.03.09 22:28

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Ponieważ wpisując się na listę zgłoszonych do PEDK zadeklarowałem, że napiszę o swoich wrażeniach jak dojdę do celu. Z pomocą Bożą i ludzką (bo uczestnicząc jako świadek bólu nóg współuczestników Drogi, sam mobilizowałem się do pokonywania bólu od połowy drogi za każdym krokiem) przekroczyłem o własnych siłach fizycznych próg przemyskiej Katedry. Moi rozmówcy w grupie zapoznani pod koniec trasy, zresztą przewodnicy tej grupy do której dołączyłem w Jankowicach po oderwaniu się od pierwszej grupy, wyrażali podziw dla mojej odporności mimo przekroczenia 70 lat życia. Oczywiście mógłbym powtórzyć wiele ważnych przeżyć duchowych związanych z rozpamiętywaniem poszczególnych stacji Drogi Krzyżowej, tak jak to już wyrażają inni świadkowie na łamach wpisów internetowych na stronie organizatorów PEDK. Ale proszę wybaczyć, że przejdę do zagadnień natury organizacyjnej, ale nie technicznej, a personalnej. A mianowicie: doświadczyłem pewnego rodzaju upokorzenia ze strony osoby prowadzącej pierwszą grupę. Otóż ten Pan nie miał poczucia odpowiedzialności za pozostałych uczestników swojej grupy i od początku nie licząc się z możliwościami fizycznymi innych, forsował tempo zawodowego piechura. Już na pierwszym odcinku do I stacji DK straciliśmy kontakt wzrokowy z drugą grupą, która wg odstępów czasowych 1 minutowych powinna by? za nami ok. 100m. Do II stacji DK odległość ta w ocenie na otwartym polu mogła już mieć ok 1 kilometra. Osobiście w tej swojej grupie zostawałem daleko z tyłu i dopiero na przystanku III stacji DK dołączyłem do grupy. Kto szedł ten odcinek drogi i pokonał trudności śliskiej błotnistej, o bardzo nierównym podłożu drogi potwierdzi, że była to droga niebezpieczna, bo grożąca w każdym momencie zwichnięciem stawu skokowego. I dlatego nie wolno było dopuszcza? do nadmiernego rozczłonkowania grupy, pozostawiając w ciemności nocy pojedynczego człowieka na pastwę losu. W tym miejscu przecież nie było bliskiej odległości do drogi bitej (asfaltowej), po której mogłaby dotrze? pomoc medyczna. Na moją uwagę zwróconą temu Panu, że tempo marszu jest za ostre i przeczy religijnemu charakterowi Drogi Krzyżowej, odpowiedział mi, „to i tak się porozrywa”. Więc skomentowałem tę wypowiedź stwierdzeniem, „że chyba chodzi Panu o ustanowienie rekordu trasy, a nie o przeżywanie religijne Drogi Krzyżowej”. I tak doczekałem się, idąc autostradą, odsadzenia na kilkaset metrów, a następnie zgubienia na trasie we wsi Jankowice, gdzie przed kościołem szczęśliwie doczekałem dopiero za kilkanaście minut na następną grupę (prawdopodobnie Panowie z Malenisk), z którą doszedłem do celu. Na następnej stacji DK przy kościele w Tapinie zastałem swego kolegę Pana Jana Pawłowskiego, który chociaż o kilka lat młodszy i fizycznie silniejszy, też nie wytrzyma? tempa marszu I grupy. Jakie były fatalne skutki tak forsownego tempa? Wiadomo, nie tylko zakwaszenie mięśni, ale i przeciążenie stawów kolanowych i biodrowych. Wielkim wysiłkiem woli pokonując ból ( no bo zapasu się właściwie nie brakowało) doszliśmy w progi Katedry o godzinie 8,55. Dlaczego piszę o tej „bolesnej stronie” udziału w PEDK. Po pierwsze jako uwagę do Organizatorów, aby kwalifikując osoby na przewodników grup uświadomili im odpowiedzialność za bezpieczeństwo pokonywania trudnych odcinków drogi w poczuciu chrześcijańskiego obowiązku pomagania słabszym. Po drugie: nie wystarczy poprzestać na stwierdzeniu, że „myśmy uprzedzali o trudnościach trasy itd.”, a każdy kto podpisał oświadczenie, że wie na co się decyduje, to niech ponosi konsekwencje swego chciejstwa. To nie tak ma by?. Bo ta sama skala trudności fizycznych inaczej wygląda w dzień, a inaczej w nocy. Dla większości uczestników PEDK było to zapewne pierwsze tego typu doświadczenie. I w związku z tym dobór członków grupy nie może by? przypadkowy, bo ludzie obcy sobie na początku, nie wiedząc jakie kto ma możliwości fizyczne, powinni przed samym wyjściem by? poddani selekcji poprzez zapytanie o aktualne samopoczucie, stopień sprawności, ostatnie doświadczenie marszowe, biegowe , wiek i wzrost. I oczywiście zapytanie, czy ktoś chce się wyścigowa?, czy ma intencje spokojnie przejść trasę w dobrym zdrowiu do końca. Na pewno uprzedzenie uczestników drogi, że szybkość marszu bezpieczna to 3,5 km/godz. ( łącznie z przystankami modlitewnymi), jest spełnieniem zapewnienia każdemu dojścia do celu. Proszę mi wierzyć, że te moje uwagi nie są wyssane z palca, a z osobistego sportowego doświadczenia w biegach długodystansowych oraz w wieloletniej pracy z grupami sportowymi, gdy byłem trenerem akrobatyki sportowej. Mam nadzieję, że te uwagi pozwolą kolejne przedsięwzięcia tego typu organizować z lepszymi skutkami religijnymi i zdrowotnymi. Pozdrawiam Organizatorów i uczestników PEDK. Zbigniew

2013.03.09 20:03

Dlaczego wybrałem udział w 1.PEDK? Otóż byłem i jestem zdegustowany „bylejakością” mojego życia duchowego w ostatnim czasie. „Chce mi się”, coś zmienię w moim życiu. Dlatego się zdecydowałem. Nie sądziłem, że słowa rozważania tak bardzo będą dotykały właśnie mnie. Słowa które najbardziej mnie dotknęły i pomogły przejść całą Ekstremalną Drogę Krzyżową to słowa z rozważania stacji trzeciej: „Wyzwanie w swojej naturze ma właśnie to, że nas przekracza. Taka jest też ta droga krzyżowa. Ekstremalna. I taka ma być.” A w chwilach słabości przypominałem sobie początek rozważania stacji siódmej: „Co by się stało, gdyby Jezus nie powstał? Umarłby za wcześnie. umarłby, zanim mógłby powiedzieć: Właśnie o to chodzi, aby nie umierać za wcześnie.” I jeszcze coś co mnie trzymało i pozwalało wytrwać w trudzie drogi, moje własne przemyślenia: Przecież ja podjąłem tę drogę sam, to moja decyzja, a Jezusa nikt nie pytał czy on chce – taką otrzymał misję i modlił się do Ojca słowami: Jeśli to możliwe oddal ode mnie ten kielich. Dziękuję Panu Bogu za Animatorów PEDK a w sposób szczególny dziękuję Duchowi Świętemu za natchnienie księdza Jacka do tak wyjątkowych rozważań drogi krzyżowej. Grzegorz, uczestnik 1. PEDK

2013.03.09 18:58

Ta droga była dla mnie najcięższą jaka w życiu przeżyłam. Było mi bardzo ciężko jednak z pomocą chłopaka i myślą że Jezus znosił o wiele większe męki cudem udało mi się dojść do celu.

2013.03.09 18:53

Jeśli ktoś pyta po co ekstremalna droga krzyżowa odpowiedź jest jedna. Dla mnie to przekraczanie siebie, możliwość doświadczenia wspólnoty pierwszego kościoła zdecydowane pójście za Chrystusem odpowiedź tak na jego chodź za mną. Wszystko tego dnia było mistyczne od spowiedzi w opactwie okupionej łzami pochyleniem się nad swoim krzyżem po samotność gdzieś tam na polach w deszczu błocie przy silnym wietrze. I maski spadające w błoto jedna po drugiej. I w końcu stojąc tak bez makijażu, iPadów, tabletów jesteśmy tak naprawdę sobą. Wracamy do najbardziej prawdziwej części siebie. Wracamy do źródła. Wreszcie wiem co jest tak naprawdę ważne relacja Bóg-ja i kontakt z drugim człowiekiem. Autentyczny bez uprzedzeń i nadmiernych oczekiwań. Mijane uśpione wsie też były misterium życia i przemijania. Tylko towarzyszące nam szczekanie psów było znakiem że karawana idzie dalej. Ciemne okna w niektórych światło gdzieś na parapecie zapalona gromnica rodzimy się i umieramy koło życia i przemijania. Identyfikacja z Bogiem aż do krwi, ból każdego mięśnia i ścięgna. A.

2013.03.09 17:08

Na początku drogi wydawało się w porządku ale gdy wkroczyliśmy na szlak błotny, ciemny, coraz bardziej nasilającym się zimnym wiatrem , nastały chwile zwątpienia, co było najgorsze. Nastąpiła walka z samym sobą, z każdą chwilą brakowało sił. Jednak wiara w siebie i w Jezusa , nadal motywowała do pokonania dalszych kilometrów. W pewnym czasie przychodziła duchowa siła, krzyż stawał się lżejszy, a człowiek bardziej pewniejszy siebie, jesteśmy pewne, że to wszystko działo się za sprawą modlitw naszych i osób będących z nami duchowo. Za to wsparcie i modlitwy serdecznie dziękujemy. Dziękujemy wszystkim za wszystko Monika i Gabriela

2013.03.09 16:30

Gdy tydzień temu usłyszeliśmy podczas kazania na sobotniej Eucharystii słowa ks. Marka o 1P EDK, pojawił się lekki uśmieszek i wizja naszego udziału. Przez parę dni myśl ta dojrzewała aż w końcu zdecydowaliśmy się wraz z synem na udział. Końcem listopada syn skończył 12 lat, może i nie jest za wysoki, ale zaczyna uścisk dłoni mieć konkretny, wiec po wielu wahaniach zapis poszedł internetem do Opactwa. Przybyliśmy , wyruszyliśmy, wspaniale-fajna wędrówka nocą w zadumie. Schody zaczęły się pomiędzy 1- a 3 w nocy kiedy dopadał nas kryzys. Wsparcie ludzi którzy budowali poczucie wyjątkowości syna było nieocenione. Jego udział w 1PEDK już sam w sobie był nie lada wyczynem. Godziny zaczynały się dłużyć, droga, której końca nie widać zaczęła coraz bardziej doskwierać. Zmieniliśmy po drodze obuwie, na lżejsze, niewiele to jednak dało. Coraz trudniej przekładać nogi krok po kroku. Coraz trudniej tłumaczyć dziecku, które pyta czy jeszcze daleko, kiedy noc i nie widać zbyt wiele. Nie ma w sobie najmniejszego ubarwienia, że jest to trasa Ekstremalna – jak napisali, tak też było. Doczłapaliśmy około godziny 7 na wzniesienie Lipowicy tuż pod Przemyślem. Syn już robił co dwa kroki odpoczynki, nie chciał powiedzieć, że nie da rady. Sam nie wiedziałem, czy jeszcze daleko. Z mapki wynikałoby , że to tylko jeszcze rzut beretem. Zdecydowałem, że na tym etapie nasza Ekstremalna Droga Krzyżowa dobiegnie końca. Nadjechał jakiś pan samochodem, zatrzymałem go, bez problemu podrzucił nas na sam dworzec PKP, (za co serdecznie mu dziękujemy). Brakło nam kilku kilometrów do Katedry, ale jestem pełen dumy, że mam takiego syna. Przeszedł ponad 40 kilometrów w błocie , deszczu , chłodzie i głodzie, w wyczerpaniu i w walce z własnymi słabościami. Po drodze wspieraliśmy się wzajemnie, okazał się wielkim bohaterem dla mnie. Powiedziałem mu, że nie bez powodu Jego imiennika nazwali Wielki. On też jest wielki. Dziękujemy Panu Bogu za to wszystko czego doświadczyliśmy, za ból który jeszcze do tej pory nie ustępuje, za to , że zawalił w gruzy moje myślenie kim jestem, na co mnie stać, za to że daje mam tych wszystkich ludzi i nas dla nich. Bóg zapłać i Szczęść Boże. Tatuś z syneczkiem.

2013.03.09 16:04

Witam serdecznie, Na początku chciałbym podziękować animatorom za organizację Podkarpackiej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej gdyż nosiłem się z zamiarem pokonania tego wyzwania od ubiegłego roku. Odnośnie wrażeń po pokonaniu tej namiastki Golgoty muszę powiedzieć, że jest ich tak wiele, iż w chwili obecnej o gorących jeszcze nogach i głowie bardzo ciężko wszystko ogarnąć i opisać, bynajmniej są to odczucia wyłącznie pozytywne. „Duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe” te słowa z Ewangelii św. Mateusza towarzyszyły mi w Drodze, im dalej tym bardziej. Czuję taką refleksję odnośnie Krzyża, przez który i z którym weszliśmy na ten szlak, na ścieżkę walki wewnętrznej. Krzyż ten był powodem cierpienia związanego z wielkim zmęczeniem, a jednocześnie stał się celem do osiągnięcia, dzięki któremu otrzymywałem siły do pokonania kolejnego odcinka, do kolejnej stacji. Krzyż ciągnął do góry, do przodu. Gdzieś tam w drodze, w błocie, w lesie czy szczerym polu zostawiłem część siebie , dotychczasowego sposobu myślenia. Polecam PEDK każdemu gdyż ta Droga oczyszcza i zbliża do Pana Jezusa, który żyje i daje się doświadczyć, najbardziej przez poświęcenie i cierpienie. Pragnę pozdrowić wszystkich uczestników, zarówno tych z którymi ukończyłem Drogę w przemyskiej Katedrze, jak również tych, których nie miałem okazji poznać, a przeszliśmy przez te same początkowe drzwi prowadzące na Drogę z Opactwa. Pozdrawiam serdecznie organizatorów oraz Opactwo, jednocześnie mając nadzieję na nową edycję PEDK za rok. W załączniku obiecane zdjęcia grupy, z którą przeszedłem Drogę Krzyżową. Bóg zapłać za wspólną modlitwę. Chwała Panu. Pozdrawiam serdecznie Dominik

2013.05.01 21:03

Od pierwszego – można powiedzieć „przypadkowego” przeczytania informacji na stronie Jarosławskiego Opactwa o organizowanej I Podkarpackiej Ekstremalnej Drodze Krzyżowej myśl o tym wyzwaniu nie dawała mi spokoju. Po pierwszych wewnętrznych zmaganiach wypełniłam formularz zgłoszenia, otrzymałam potwierdzenie przyjęcia ale ciągle nie odnajdywałam się na liście uczestników. Odczytałam to jako pierwszy znak, że PESEL „stoi na przeszkodzie” i poczułam się częściowo usprawiedliwiona, ale nie do końca. Gdy współsiostra wyjeżdżała do Jarosławia i mimo bardzo trudnej pogody była całkowicie zdeterminowana, ja pozostając w domu czułam się pokonana przez własny lęk o siebie. Stawiając sobie pytanie o miłość do Chrystusa i gotowość do uczestniczenia w Jego ofierze nie potrafiłam odpowiedzieć zaufaniem. O rozterkach jakich doświadczałam tamtej nocy towarzysząc duchowo uczestnikom EKD, nie wspominam. Następnego dnia spotykałam grupy utrudzonych ale szczęśliwych uczestników przybywających do katedry, a potem z wielkim wzruszeniem słuchałam ich świadectw w wieczornej audycji w radiu FARA. Nie mogę wyrazić tego, co działo się w mojej duszy. Kiedy po kilku tygodniach Ksiądz prof. Bełch poinformował o zorganizowaniu kolejnej grupy (13/14 kwietnia) zrozumiałam, że Pan Jezus daje mi jeszcze raz szansę. Do samego wyjścia lęk mi towarzyszył, ale pewność, że On tego chce, rozwiała wszelkie moje wątpliwości. I warto było przeżyć tę dwunastogodzinną „wyprawę” ze świadomością, że liczy się tylko Jego sprawa a ja mam w niej uczestniczyć coraz bardziej. Dziękuję Panu Bogu za tę wielką łaskę i doświadczenie w ROKU WIARY. Treści rozważań przy poszczególnych stacjach w tych szczególnych warunkach zapadają głębiej i dotykają szpiku i kości. Nie odkryłam czegoś nowego, ale bardziej z bliska doświadczyłam, że Jezus wczoraj i dziś, ten sam także na wieki zbawia ten dzisiejszy świat i tak jak przed dwoma tysiącami lat możemy za Nim iść, uczestniczyć w Jego misji. Jemu cześć i chwała. s. K.K.